Przejdź do głównej treści

Rozmowa z Elżbietą Krygowską-Butlewską

Piotr Kułak: Pochodzi Pani z kilkupokoleniowej rodziny artystycznej. Artystą był Pani dziadek i ojciec. Można powiedzieć, że twórczość ma Pani we krwi.

Elżbieta Krygowska-Butlewska: Zdecydowanie. Mój dziadek Kazimierz Krygowski był rzeźbiarzem, który wyposażał wiele kościołów w obecnym województwie podkarpackim. Projektował i realizował ołtarze, ambony, chrzcielnice, stalle, portale czy drzwi. Pamiętam piękny zapach drewna w pustej już jego pracowni. Dziadek urodził się w Futomie, niewielkiej wsi położonej w gminie Błażowa. W 1903 roku poślubił moją babcię Paulinę z Zielińskich i miał z nią czterech synów: Zbigniewa, Bogumiła, Mariana i Zdzisława. Zbigniew był malarzem i rzeźbiarzem, Bogumił geografem i geologiem, profesorem na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza, mój ojciec Zdzisław ukończył przedwojenną Szkołę Zdobniczą w Poznaniu, był akwarelistą i witrażystą, a Marian z kolei, tak jak jego ojciec, zajmował się rzeźbą. Przez ojca jestem spokrewniona także z matematykiem Zdzisławem Krygowskim, który był inicjatorem badań kryptologicznych nad Enigmą. Z kolei moja mama Bogusława, chociaż nie miała wykształcenia artystycznego, posiadała zdolności manualne i pamiętam, że pomagała ojcu przygotowywać różnorodne dekoracje na bale w Domu Kultury w Katowicach, w ktorym ojciec prwadził zajęcia. Są też kontynuatorzy tej rodzinnej tradycji, czyli moja córka Joanna Butlewska-Cofta, która ukończyła historię sztuki na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu oraz studia malarskie w pracowni prof. Wojciecha Sadleya w Wyższej Szkole Sztuki Stosowanej „Schola Posnaniensis”. Córka wykonuje prace malarskie na papierze, płótnie i jedwabiu. Syn Patryk Butlewski - architekt, projektuje domy, a także zajmuje się aranżacją wnętrz. Wnuczka Marianna Cofta jest plastyczką i zajmuje się filmem oraz grafiką użytkową. Najmłodszy mój wnuczek Staś zachwyca w przedszkolu i w domu swoim plastycznym talentem. Trzymam za niego kciuki! A moje zainteresowanie sztuką wynikało głównie stąd, że w dzieciństwie zamiast  zabawek, przy każdej okazji dostawałam kredki. Z kolei na wakacjach tata zabierał nas z siostrą Marysią w plener, gdzie w trójkę malowaliśmy. I cóż… nie było innego wyjścia tylko zostać artystką.

P.K. Ze wspomnień Pani dziadka Kazimierza wydanych w 2016 roku wynika, że Pani rodzina była silnie związana z okolicami Błażowej, miejscowości oddalonej od Rzeszowa około 25 kilometrów. Jak to się stało, że Pani urodziła się w Chorzowie?

E.K-B. Mój ojciec po wojnie musiał się ukrywać bo działał w konspiracji w czasie wojny i okupacji. Ojciec jako działacz AK podrabiał dokumenty aby ratować ludzi. Był prześladowany, dlatego zdecydował się wyjechać z Podkarpacia. Wybrali z mamą Śląsk, bo myśleli, że tam nieco łatwiej można się zgubić w tłumie.  I tak rodzice zdecydowali się zostać na Śląsku, gdzie się urodziłam.

P.K.  To w takim razie kiedy pojawił się pomysł na przeprowadzkę do Poznania?

E.K-B. W Katowicach mieszkałam do matury. Ukończyłam tam również dwuletnie Studium Nauczycielskie o kierunku plastycznym. A do Poznania przyjechałam na studia, bo już mieszkała tutaj moja siostra, która poszła śladem stryja i studiowała geografię. Ja natomiast odważyłam się zdawać do Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych, gdzie dostałam się za pierwszym razem. W PWSSP studiowałam na Wydziale Malarstwa, Grafiki i Rzeźby. Ale zajęć z rzeźby nie było zbyt dużo (może w życiu zrobiłam jedną rzeźbę). Głównie nastawiłam się na grafikę warsztatową bo czułam się pewnie w rysunku. Miałam na uczelni świetnych nauczycieli. Studiowałam w latach 1968-1972, kiedy rektorem był Stanisław Teisseyre. Muszę Panu powiedzieć, że ja w czasie studiów byłam już mężatką, miałam dziecko i… nie zawaliłam żadnego semestru. Wszystko zdawałam w swoim czasie. Do tego stopnia było to zabawne, że jak zaliczenie było z rysunku to studenci mieli po dwa lub trzy rysunki, a ja pokazywałam całą teczkę. Pamiętam, że profesor mówił do moich kolegów i koleżanek, żeby mnie naśladowali. Ale chyba nie chodziło o dziecko, bo to trzymałam w tajemnicy. Ja po prostu bardzo lubiłam rysować, wtedy najbardziej kredką świecową i węglem, a małe formaty piórkiem i tuszem.

P.K. Musiała być Pani dobra ponieważ w 1977 roku otrzymała Pani pierwszą nagrodę na II Ogólnopolskiej Wystawie Satyry. To chyba było dość szczególne wydarzenie w Pani życiu artystycznym.

E.K-B. Tak to był znaczący rok w moim życiu. Nagroda. To było coś fantastycznego, coś uskrzydlającego i dodającego takiego kopa, i wiary w to, co się robi. Na tej wystawie zaprezentowałem trzy rysunki Domek, Egzamin i Na guziczki. Ten ostatni otrzymał nagrodę i był reprodukowany w katalogu. Dodam jeszcze, że przy okazji tej wystawy poznałam Eryka Lipińskiego, to on wręczał mi nagrodę. Eryk już wtedy zaproponował mi żebyśmy mówili sobie po imieniu. Bardzo miło wspominam ten czas, to było niezwykłe wyróżnienie, bo jednak byłam osobą młodą i początkującą w satyrze i nagle zostałam doceniona przez tak zacne grono karykaturzystów. Przecież w tej wystawie brali udział najważniejsi twórcy satyry rysunkowej tamtych czasów, m.in. Eryk Lipiński, Szymon Kobyliński, Jerzy Flisak, Andrzej Czeczot, Antoni Chodorowski, Edward Lutczyn… Zostać wybranym do pierwszej nagrody spośród takiego grona rysowników to ogromny zaszczyt i wyróżnienie. A później były kolejne konkursy i nagrody. Ważna dla mnie była też wystawa w Ankarze w Turcji, gdzie miałam okazję spotkać karykaturzystów ze świata oraz nagroda i zaproszenie na World Cartoon Gallery w Skopje w Jugosławii. Proszę pamiętać, że w tamtych czasach nie było prawie możliwości, żeby wyjeżdżać z kraju, nie było także na to pieniędzy. Ta „satyryczna wędrówka” pozwalała mi poznawać ludzi i świat. Kolejne ważne wydarzenie to przyznanie mi Brązowej Szpilki za rok 1989, którą w 1990 wręczał mi Eryk Lipiński.

P.K. Dodam tylko, że wśród tego zacnego grona uczestników II Ogólnopolskiej Wystawy Satyry znalazło się także kilka rysowniczek, poza Panią na wystawie znalazły się prace Mai Berezowskiej, Jolanty Karczewskiej, Małgorzaty Młodnickiej, Teresy Jakubowskiej, Barbary Gawdzik-Brzozowskiej, Łucji Krajewskiej, Marii Szmidt oraz dwóch artystek młodszego pokolenia Marii Byskiniewicz i Haliny Sibińskiej.

E.K-B. Niedawno zastanawiałam się skąd ja wiedziałam o tych konkursach. Bo wysyłałam prace wszędzie, gdzie się dało. Teraz jest dużo łatwiej bo można znaleźć informacje w Internecie, a wtedy... Ja byłam w Związku Artystów Plastyków, więc na tablicy w siedzibie na pewno pojawiały się jakieś ogłoszenia o konkursach. Myślę, że były też ogłoszenia w „Szpilkach” czy innych gazetach. Przecież Eryk zrobił tych konkursów sporo! Ja chyba żadnego nie opuściłam! Później pamiętam, że Muzeum Karykatury wysyłało mi informacje o konkursach i wystawach do domu.

P.K. Chciałbym jeszcze wrócić na chwilę do twórczości kobiet w zakresie rysunku satyrycznego w Polsce. Jaka według Pani była pozycja kobiety-karykaturzystki w Polsce, w czasach kiedy zajmowała się Pani satyrą?

E.K-B.  Wydawało mi się zawsze – gdy przyjeżdżałam na wystawy do Muzeum Karykatury – że jestem tam jedyną rysowniczką, a pozostałe kobiety to osoby zwiedzające lub towarzyszące panom. Nie znałam tego środowiska. Przyjeżdżałam na kilka godzin do Stolicy, wpadałam na wystawę i wracałam pociągiem do Poznana do swoich obowiązków.

P.K. A czy Pani jako rysowniczka była związana z jakimś tytułem prasowym?

E.K-B. Nie, ja nigdy nie rysowałam do prasy na zlecenie. Jeśli komuś z prasy moje rysunki się podobały to je publikował. Moje rysunki ukazywały się sporadycznie w „Szpilkach”, „Radarze”, „Czasie Kultury”, „Kobiecie i Życiu”, „Nurcie”. Ale rysowniczką współpracującą z jakimś tytułem nigdy nie byłam. Rysowałam i wysyłałam swoje prace na konkursy w Polsce i zagranicę. Miałam dużo zajęć, w domu dwójka dzieci i praca na zlecenia w wydawnictwach.

P.K. Wspomina Pani o pracy, na czym dokładnie ona polegała? Czy już wtedy zajmowała się Pani ilustrowaniem książek?

E.K-B. Pracowałam przez 30 lat w Liceum Plastycznym w Poznaniu. Zaczęłam w 1977 a zakończyłam prace w 2007. Uczyłam rysunku i projektowania graficznego. Do dzisiaj mam miły kontakt z moimi byłymi uczniami, obecnie twórczymi artystami. Moja przygoda z ilustracją zaczęła się na początku lat 90. kiedy Józef Ratajczak, pisarz i prozaik – też autor sztuk teatralnych i wierszy dla dzieci – zaproponował mi zilustrowanie swojej książki. Propozycja ta padła podczas otwarcia mojej wystawy indywidualnej w 1990 r. w poznańskim Ośrodku Kultury Wierzbak, założonym między innymi przez Ratajczaka. Pamiętam, że podszedł tam do mnie, wyjął wizytówkę i zapytał czy nie zilustrowałabym jego książki. Z tej współpracy powstała wydana w 1991 roku książka Ziarenka maku. Po latach, dokładnie w 2018 roku, wykonałam ponownie ilustracje do tej książki. A jako ciekawostkę dodam, że w Klubie Wierzbak najpierw miałam wystawę ja, a później zaproszono Eryka Lipińskiego. Po wystawie odwiedził mnie i moją rodzinę u nas w domu. To było naprawdę wspaniałe spotkanie. Eryk był takim sympatycznym, otwartym człowiekiem.

Wracając jednak do pracy to dodam, że współpracowałam z wydawnictwem na Akademii Ekonomicznej, dla którego projektowałam okładki i wnętrza książek; oraz z Wydawnictwem Miejskim. Przez 10 lat pracowałam dla Pro Sinfoniki założonej przez Alojzego Andrzeja Łuczaka, dla której projektowałam grafikę potrzebną na koncertach w Filharmonii, oraz dyplomy dla wielkich twórców i wykonawców świata muzyki… Ale wtedy nie było komórek i nie mam żadnych zdjęć tych prac.

P.K. Oczywiście te dyplomy wykonywała Pani ręcznie?

E.K-B.  Oczywiście, wszystko robiłam ręcznie. Obsługi komputera nauczyłam się dość późno. Kiedy kupiliśmy pierwszy komputer to nie wiedzieliśmy z mężem jak go włączyć. Mój najmłodszy syn był jeszcze mały, ale to on przydreptał, wcisnął guzik i komputer zaczął działać [śmiech]. Nieco później ilustracje robiłam już tak, że rysowałam ręcznie i po zeskanowaniu w komputerze wypełniałam kolorem. Zajmowałam się składem książek więc musiałam to wszystko opanować perfekt. Uczyłam później nawet w szkole młodzież projektowania graficznego, składu i przygotowania książki do druku.

P.K. Wróćmy jeszcze do satyry, skąd u Pani wzięło się zainteresowanie tą dziedziną?

E.K-B. W domu było zawsze wesoło. Ojciec był kpiarzem, dużo żartował. Rysował czasem różne dziwne, śmieszne rzeczy… Trochę pewnie na mnie to oddziaływało. Z kolei ja tworząc satyryczne rysunki chciałam coś przekazać odbiorcy. Mnie w czasach mojej młodości i wchodzenia w dojrzałe życie tyle rzeczy denerwowało… Kolejki doprowadzały mnie do szału, dlatego mam rysunki z absurdalnymi kolejkami. Moje dzieci przez rok nie jadły prawie mięsa, bo ja nie mogłam stać w tych kolejkach. Czasem mój mąż szedł i coś zdobywał dla dzieci, albo ze wsi czasem coś się przywiozło. Raz dostaliśmy żywego królika, który nie trafił do garnka, ale mieszkał z nami przez wiele lat. Dużo rzeczy mnie denerwowało, sterowane wybory i głosowanie, rządy, nadmiar biurokracji, głupota ludzka (stąd wziął się ten zamknięty człowiek na guziczki). Rysowałam całe cykle rysunków o takiej tematyce. Wydawało mi się, że w ten sposób jestem w stanie walczyć z tym, co mnie tak wnerwia. Miałam nadzieję, że dzięki tym pracom może uda mi się przemówić komuś do rozsądku. Moim założeniem było, że rysunek nie powinien mieć tekstu, powinien sam się tłumaczyć, na pierwszy rzut oka musi być widoczna jego myśl, przesłanie. Poza tym co mnie denerwowało, na pewno ważnym bodźcem do zainteresowania się rysunkiem satyrycznym były właśnie organizowane tematyczne wystawy satyry. Jak już dostawałam te informacje o wystawach w Polsce i zagranicą to szłam za ciosem, rysowałam i wysyłałam moje prace. Czasem zdobywałam za nie nagrody. Sam udział w wystawie światowej był już sukcesem. O! mam dla Pana ciekawostkę dotyczącą moich przygód z cenzurą. Otóż w 1983 roku przesłano dla mnie katalog z Kanady, w którym został opublikowany mój rysunek. I cenzura napisała do mnie list, że mi tego katalogu nie przekażą. Po prostu chcieli to wydawnictwo zatrzymać, bo takich rysunków jakie były tam opublikowane nie można było rysować i upubliczniać w Polsce Ludowej. W tym katalogu było więcej takiej ostrej satyry. I wtedy co ja zrobiłam? Napisałam do Eryka Lipińskiego z prośbą o interwencję. Katalog jak Pan widzi mam u siebie z wklejonym dokumentem z Urzędu Celnego...

P.K. Czyli dopięła Pani swego. Jest Pani jedną z niewielu kobiet, które w tamtych czasach, zajmowały się satyrą rysunkową. Sądzę, że można śmiało powiedzieć, że zjawisko niewielkiej liczby kobiet zajmujących się tą dziedziną twórczości, nie dotyczyło czasów PRL-u. W dwudziestoleciu czy nawet wcześniej było ich jeszcze mniej. Rysunek satyryczny i karykatura zdominowane były zawsze przez rysowników. W jednym z wywiadów na pytanie redaktorki o to czy ciężko jest być kobietą w satyrze odpowiedziała Pani w następujący sposób: „Można rzec – rzadko bywa się kobietą w satyrze. To domena mężczyzn. Bardzo mało jest kobiet uprawiających rysunek satyryczny, mało na świecie, mało w Polsce. Pan Eryk Lipiński, szef Muzeum Karykatury, wręcz twierdzi, że satyra to zajęcie tylko dla mężczyzn. Więcej ponoć dostrzegają niż my, kobiety. Ja usiłuję zaprzeczyć temu twierdzeniu”. Proszę powiedzieć jakie tematy jako rysowniczce satyrycznej były Pani najbliższe.

E.K-B. To prawda rysowniczek satyrycznych zawsze było mało, jednak w 1993 r. w Muzeum Karykatury odbyła się ciekawa i bardzo potrzebna wystawa Maja i inne karykaturzystki polskie, na której pokazywane były prace artystek zajmujących się satyrą. Pokazano wtedy prace 15 kobiet. Ta wystawa była także wspaniałym spotkaniem, z niektórymi artystkami. Były świetne prace Mai Berezowskiej, Barbary Gawdzik-Brzozowskiej, Ha-Gi, Elżbiety Gaudasińskiej, wspaniałe linoryty Teresy Jakubowskiej – te szczególnie zapamiętałam. Mam gdzieś u siebie taki jeden plakat, gdzie są zdjęcia z Satyrykonu i naprawdę na fotografiach widać, że kobiet na tych spotkaniach wokół karykatury pojawia się zaledwie 4-5… Co do tematów, tak jak powiedziałam komentowałam życie polityczne i społeczne, choć nie tylko. Wykonałam również cały cykl rysunków o kobiecie i mężczyźnie – z Erosem. To Muzeum Karykatury podpowiedziało mi ten temat organizując wystawy z Erosem. Polubiłam ten temat. Pomysły czerpałam też z codziennego życia. W mojej satyrze rysunkowej po prostu próbowałam reagować na otaczającą mnie rzeczywistość.

P.K. Czyli można powiedzieć, że rysunek satyryczny był dla Pani ciekawym dodatkiem do działalności artystycznej. Czym jeszcze poza satyrą rysunkową i nauczaniem zajmowała się Pani zawodowo?

E.K-B. Jak wspomniałam ilustracją książkową. Proszę zwrócić jednak uwagę, że ilustracje, które robiłam dla dzieci, chociaż nie były one satyryczne, to zawierały w sobie nutkę żartu, zabawy i humoru. To zawsze gdzieś się pojawiało spontanicznie. Nie jest więc tak, że się odcinam od satyry i zaczynam pracę nad ilustracją. Nie, myślenie musi być konsekwentne. Książki ilustrowałam głównie od lat 90., ale teraz już przestałam to robić… Choć muszę powiedzieć, że była to dla mnie bardzo ważna dziedzina twórczości. Dla mnie ilustracja jest pogłębieniem treści utworu, musi być na wysokim poziomie artystycznym, bo to często pierwszy kontakt dziecka ze sztuką. Dlatego zanim przystąpiłam do robienia ilustracji kilkakrotnie wnikliwie czytałam tekst. W latach 1984-1992 opracowywałam plastycznie Międzynarodowe Targi Poznańskie. Zajęłam się projektowaniem stoisk targowych namówiona przez pracujące na targach sąsiadki. Dobrze wspominam tę pracę, ale przyznać muszę, że to było parę lat bardzo dużego wysiłku, bo ogromne projekty wykonywałam ręcznie na kalce, jeździłam na uzgodnienia projektowe do warszawskich firm, nadzorowałam prace montażowe, wykonywałam grafikę i etalaż. Od 20 lat prowadzę wydawnictwo. Powstało ono w 2005 roku. A wszystko zaczęło się od tego, że poznałam Emilię Waśniowską, poetkę, która uczyła języka polskiego moją córkę. Dowiedziała się, że jestem ilustratorką.  Mieszkała na tym samym osiedlu i tak się poznałyśmy. Zaprzyjaźniłyśmy się z Emilką, obie miałyśmy na głowie dom, dzieci i pracę w szkole, ale mimo to znajdowałyśmy czas, żeby tworzyć. Zaczęła się nasza współpraca. Ona pisała a ja robiłam ilustracje. Za książkę Kiedy słychać ptaki wydaną przez Stowarzyszenie Pisarzy Polskich otrzymałyśmy nagrodę. Emilia pisała piękne wiersze z głębokim przesłaniem, one mnie bardzo inspirowała do pracy. Później powstawały dwie kolejne książki. Miałyśmy gotowe projekty Imię to nie fraszka i Pamiątki Babuni i nikt nie był zainteresowany ich wydaniem. Postanowiłyśmy założyć własne wydawnictwo. Nazwałyśmy je Mila, takim zdrobnieniem zwracał się do Emilii jej mąż. Niestety Emilia była już wtedy ciężko chora. Zdążyłam jej jeszcze pokazać jedną wydaną książkę i drugą przygotowaną do druku. Zmarła w 2005 roku. Od tego czasu zajmuję się promocją jej twórczości. Rodzina dopingowała mnie do pracy, dzięki czemu potrafiłam to wszystko jakoś pogodzić. A później ilustrowałam i wydawałam też książki innych autorek m.in. Joanny Papuzińskiej, Wandy Chotomskiej, Joanny Kulmowej, Liliany Bardijewskiej i Zofii Beszczyńskiej. To była nie tylko ciekawa ale także bardzo miła praca. Przyjmowałam w domu wspaniałe pisarki, jeździłam z nimi na spotkania i warsztaty plastyczne do bibliotek. Współpracowałam także z Bohdanem Butenko i wydałam jedną książkę z ilustracjami Stsysa Eidrigevičiusa. Zrobiłam też kilka plakatów związanych z moimi wystawami oraz dla artystycznej szkoły imienia Emilii Waśniowskiej Łejery, ale z tą dziedziną nigdy nie udało mi się jakoś silniej związać.

P.K. A gdyby miała Pani wskazać swoją ulubioną dziedzinę twórczości, to którą by Pani wybrała?

E.K-B. Na pewno moją najmocniejszą stroną był rysunek. Wydaje mi się, że dostałam taki dar, że „skanuję” świat. Potrafię być bardzo męcząca – tak mi mówią niektórzy ludzie – bo jak na przykład idę z kimś na spacer to ciągle coś zauważam i pokazuję. Mam tę łatwość, że np. „zeskanowałam” teraz Pana i mogę śmiało z pamięci Pana narysować. Tak jak mówiłam uwielbiam rysunek. Moi profesorowie na studiach byli zaszokowani tym jak rysowałam. Pamiętam jak na egzaminach wstępnych prof. Teisseyre zapytał mnie u kogo uczyłam się rysunku. Odpowiedziałam mu wtedy, że sama się nauczyłam.

P.K. Rzeczywiście Pani rysunki charakteryzują się bardzo pewną i precyzyjna kreską. Co ważne skupia się Pani w nich na przedstawianiu szczegółów, co w rysunku satyrycznym jednak nie jest aż tak częste. Mam wrażenie, że to Pani ilustracje są niekiedy bardziej syntetyczne niż satyry, które sądzę, że mogłyby śmiało funkcjonować jako rysunek autonomiczny. Proszę powiedzieć na koniec, czy Pani rysuje od razu na „czysto” czy najpierw jest szkic?

E.K-B. Szkicuję. Uważam, że szkic to jest ta pierwsza myśl, która staje się punktem wyjścia do dalszej pracy nad rysunkiem. Ja za pomocą szkiców notuję moje pomysły i myśli. Zawsze najpierw szkicowałam zarówno satyry jak i ilustracje. Przypomniało mi się, że niedawno znalazłam kilka szkiców rysunków satyrycznych, których nie zrealizowałam… kto wie może teraz się za nie wezmę.

Rozmowa z dn. 8 maja 2025 (Poznań)