Rozmowa z Haliną Kuźnicką
Piotr Kułak: Czy pamięta Pani, kiedy zaczęła się Pani przygoda z rysunkiem?
Halina Kuźnicka: Już od wczesnego dziecińswa nie rozstawałam się ze szkicownikiem i kredkami. Szkolny debiut był dość spektakularny, choć nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia, jednak dobrze pamiętam ten moment. To była druga klasa szkoły podstawowej w Kłodzku, gdzie się urodziłam. Nauczycielka wysłała moją pracę na konkurs do Japonii. Narysowałam jesienny park, a w nim ludzi zajętych różnymi czynnościami, których uchwyciłam w ruchu. Okazało się niebawem, że zostałam laureatką tego konkursu. Od tej pory stałam się, nazwijmy to "szkolną rysowniczką". Przez rodzinę, zarówno tę bliższą jak i dalszą, także zostałam zapamiętana jako osoba skupiająca sie na rysowaniu, uciekająca w świat fantazji. Dla mnie była to potrzeba ilustrowania myśli, obrazów, wyobrażeń. Nie oczekiwałam oceny, ani nagrody.
P.K. Czyli dalsza Pani ścieżka edukacyjna była w pewnym sensie już wtedy przesądzona?
H.K. Nie do końca. Moja młodość przypadła na czasy, kiedy kraj się intensywnie odbudowywał. Rodzina podsunęła pomysł podjęcia nauki w Technikum Budowlanym. Jednak wybrałem drogę, którą podpowiadała mi moja pasja. Sama pojechałam na egzmian i zostałam przyjęta do Liceum Sztuk Plastycznych w Sędziszowie Małopolskim. Zajęcia prowadzili tam wspaniali nauczyciele z krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, którzy kładli duży nacisk na umiejętności rysowania i malarstwo akwarelowe. Szczególną wagę przywiązywano też do nauki historii sztuki. Dzięki temu, będąc studentką Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu, lubiłam na egzaminach z historii sztuki popisywać się wiedzą.
P.K. Ale na studia wróciła Pani na Dolny Śląsk?
H.K. Tak, na egzaminy wstępne pojechałam do Wrocławia. Wynikało to głównie z tego, że interesował mnie profil artystyczny uczelni, a także chciałam być bliżej rodzinnego domu. Kandydatów zdających do PWSSP we Wrocławiu było wielu, ale odwagi dodał mi fakt, że moje poczynania już w trakcie egzaminów zostały pozytywnie zauważone. Był to dowód na to, że ze szkoły wyniosłam nieoceniony kapitał.
P.K. A na jakim wydziale Pani studiowała?
H.K. Wybrałam Wydział Malarstwa, Grafiki i Rzeźby. Projektowanie szkła studiowałam u prof. Zbigniewa Horbowego. Postawiłam też na grafikę warsztatową, która zachęcała do eksperymentów. Głównie interesowały mnie techniki druku wklęsłego, szczególnie sucha igła. Tutaj czułam pełną swobodę twórczą.
P.K. Chciałbym zadać pytanie o współpracę między Panią a Pani mężem. Tym bardziej zasadne wydaje mi się to pytanie, że zarówno Pani i Pan Bartłomiej zajmujecie się w zasadzie zbliżonymi dziedzinami sztuki. Macie Państwo w swym dorobku rysunki prasowe, projekty okładek, ilustracji, szaty graficznej czasopism, plakatów. To, że ta współpraca jest dowodzą wspólne realizacje, ale chciałbym dowiedzieć się jak ona przebiega, czy macie Państwo podobne spojrzenie na jakiś projekt, powiedzmy ilustracji, czy raczej bywa z tym różnie i wtedy na przykład są jakieś próby przekonywania do czyjegoś pomysłu?
H.K. Nie pytam nikogo o zdanie. Moje projekty są głęboko przemyślane. Nie ulegam podpowiedziom, ani krytyce. Wychodzę z założenia, że sama wiem najlepiej co chciałam powiedzieć poprzez mój rysunek, czy ilustrację, a ktoś inny może po prostu nie rozumieć mojej idei. Wierna jestem również wybranej kolorystyce moich prac.
Oczywiście współpracujemy z mężem wspierając się wzajemnie, nawet jeśli różni nas odmienny sposób widzenia. Jestem mu wdzięczna za pomoc przy opracowaniach komputerowych, bo jest w tym bardziej zaawansowany niż ja. Razem projektowaliśmy szatę graficzną ukazującego się w latach 2008-2010 miesięcznika literackiego „Bluszcz”, razem prowadzimy zajęcia plastyczne. Nie mniej jedak cenię sobie niezależność twórczą i prace indywidualną. Tutaj ważny jest dla mnie wybór metafory, trafienie w sedno, aby rysunek ilustrował myśl, wyrażał wartości uniwersalne.
P.K. A jak to się stało, że zainteresowała się Pani tą jednak dość specyficzną dziedziną, czyli prasowym rysunkiem satyrycznym?
H.K. Gromadzę szkice, które zawierają pierwszą myśl. Zawsze mam ochotę poprzez rysunek wypowiedzieć się na jakiś temat. Rysując do prasy zazwyczaj „komentowałam” kwestie społeczno-obyczajowe. Tworzyłam też rysunki czysto humorystyczne i refleksyjne. Zależy mi na tym, aby grafika ważna była i w treści i w formie. Praca finalna poprzedzona jest wieloma szkicami. Moje rysunki ukazywały się m.in. w „Szpilkach”, w których debiutowałam jeszcze jako Halina Rydz w 1975 roku. Dla „Literatury” co tydzień przygotowywałem ilustrację do fragmentu jakiejś wybranej przez redakcję lektury. Rysowałam dla wielu pism, trudno byłoby wymienić wszystkie tytuły.
P.K. W Pani pracach z łatwością dostrzec można pewną predylekcję do poetyki surrealizmu. Stąd moje pytania o kierunki inspiracji, czy były one wynikiem wpływu jakichś ulubionych Pani twórców, czy może był to po prostu wynik Pani potrzeby wewnętrznej?
H.K. Poetyka surrealizmu wydaje mi się odpowiednia do tematów, które mnie fascynują, a jednym z nich jest chociażby czas i jego upływ. Bardzo sobie cenię skrót myślowy. Inspiracji szukam w poezji i to zapewne przekłada się na sposób w jaki rysuję. Poezja jest tą przestrzenią, w której można ukrywać różne prawdy.
P.K. A w jakich technikach tworzyła i tworzy Pani rysunki?
H.K. Najchętniej wybieram ołówek, piórko i tusz. Kolor jest sprawą drugorzędną, często decyduję się na akwarelę, suchy pastel i kolorowe tusze. Moje pierwsze rysunki publikowane w prasie w latach 70., były wykonane tą techniką. Ostatnio wróciłam do wypróbowanej metody.
P.K. I za te rysunki otrzymywała Pani także prestiżowe nagrody, jak chociażby w 1981 roku podczas International Cartoon Contest w Beringen.
H.K. W nieoczekiwany sposób to wyróżnienie miało ważny wpływ na decyzję przyznania przez komisję Związku Polskich Artystów Plastyków, przydziału na mieszkanie z pracownią. Było to jedno z ostatnich posiedzeń tej komisji, a dla mnie wyjątkowy prezent od losu.
P.K. To rzeczywiście duże osiągnięcie, chyba nieczęsto zdarza się, żeby rysunek satyryczny tak znacząco wpłynął na czyjeś życie!
H.K. Rok później jako laureatka zostałam zaproszona do jury kolejnej edycji konkursu. Wiązało się to również z dwutygodniowym pobytem w Belgii, gdzie zgodnie z programem zwiedzałam codziennie inny region kraju. Spotkałam się też z dużym zainteresowaniem moją twórczością w środowisku artystów. Między innymi wtedy poznałam znakomitego rysownika Boba Vincke. Razem z jego żoną Mizeille i córką Sabriną urządzaliśmy wycieczki samochodowe i rowerowe bliższe i dalsze. Cały dzień na przykład spędziliśmy w Holandii zwiedzając chociażby słynną katedrę w Maastricht. Ten czas jest wspomnieniem, które z przyjemnością pielęgnuję. Nie udało mi się jednak skorzystać z ponownego zaproszenia organizatorów konkursu w 1988 roku, z powodu niesprzyjających okoliczności.
P.K. A czy jakieś inne wydarzenia lub nagrody utkwiły Pani szczególnie w pamięci?
H.K. Ważnym wydarzeniem było wytypowanie moich ilustracji na Biennale w Bratysławie w 1987 roku. Krótko po tym, zaczęła się moja niezwykła przygoda z plenerami w Krasnobrodzie. Grażyna Szpyra, ówczesna dyrektor BWA w Zamościu, była pomysłodawczynią i organizatorką tych spotkań, których zaletą była międzypokoleniowa wymiana doświadczeń i przyjazna atmosfera skupiająca środowisko artystów. Krasnobród kojarzy mi się również z początkiem pracy pedagogicznej. W 2008 roku było mi dane wziąć udział w projekcie Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego pod nazwą „Sanatoryjne spotkania ze sztuką”. Zajęcia z dziećmi miały nadspodziewane powodzenie i wtedy pomyślałam o sprawdzeniu się w roli nauczycielki. Lubię motywować i uskrzydlać swoich uczniów. Wspieram ich na każdym etapie artystycznej drogi. Niespodzianką była dla mnie nominacja do tytułu „Osobowość Roku 2019” w kategorii „Kultura”.
P.K. Poza rysunkiem prasowym zajmowała się także Pani ilustracją. Jak zaczęła się Pani przygoda z tą dziedziną?
H.K. Pierwsze książki zilustrowałam w 1977 roku i były to „Rysuj do mnie” Ireny Landau i „Przepis na zimę” Marii Szypowskiej, obie wydane przez Krajową Agencję Wydawniczą. Wśród zleceń miałam do opracowania utwory m.in. Hanny Ożogowskiej, Roberta Stillera, Ewy Szelburg-Zarembiny i Juliana Tuwima. Kilka książek zilustrowałam wraz z mężem, na przykład „Stoliczku nakryj się” Artura Oppmana”, „Bajki z magicznej skrytki” Joanny Witkowskiej i „Kolorowy zawrót głowy” Zbigniewa Dmitroca. W ubiegłym roku natomiast wykonałam serię ilustracji do książki „Białe i czarne kruki” Krystyny Woźnik-Trzosek. Wspomnę jeszcze, że kilka książek przygotowanych do druku z moimi ilustracjami nie doczekało się publikacji ze względu na likwidację wydawnictw, głównie po 1989 roku. Oryginały jednej z nich pt. „Już jesień” Lucyny Krzemienieckiej, przekazałam Muzeum w Krasnobrodzie.
P.K. A jak było z projektowaniem okładek i szaty graficznej czasopism?
H.K. Grafiką prasową i makietowaniem pism zajęłam się za namową Marka Goebla. Poza tym, że był utalentowanym grafikiem i rysownikiem, także pracował jako redaktor graficzny. Makietował popularne „Szpilki”. Skorzystałam z jego doświadczeń, zwłaszcza, że był cierpliwym, chętnym do pomocy nauczycielem. Pracując na stanowisku redaktora graficznego w „Nowej Wsi” zajmowałam się przygotowaniem pisma do druku, projektowaniem okładek, ilustracjami i pozyskiwaniem do współpracy artystów, którzy mogliby zamieszczać w czasopiśmie swoje prace. Publikował tam Rafał Olbiński, Janusz Kapusta czy Antonii Chodorowski, który miał w tygodniku swoją rubrykę. Bardzo zależało mi, aby szata graficzna „Nowej Wsi” zasługiwała na wysoką ocenę artystyczną. Chętnie współpracowałam z pismami adresowanymi do młodzieży, jak np. „ITD” czy „Filipinka”, dla których projektowałem również okładki. Ciekawa nowych wyzwań, chętnie przyjęłam propozycję zadbania o wizerunek graficzny pisma literackiego „Bluszcz”. Wielu wspaniałych artystów zostawiło swój ślad na łamach tego magazynu, który dzięki temu zyskał na nieprzemijającej atrakcyjności.
P.K. Zajmowała się Pani wieloma dziedzinami i dlatego chciałbym zapytać, czy któraś z tych dziedzin była Pani ulubioną, przynosiła Pani najwięcej satysfakcji?
H.K. Zdecydowanie rysunek pozwala mim wypowiedzieć się twórczo w sposób najbardziej osobisty i najbardziej słuszny.
P.K. A jak czuła się Pani jako jedna z niewielu kobiet-rysowniczek, w tym zdominowanym przez mężczyzn środowisku karykaturzystów?
H.K. Przygotowując się do tej rozmowy, przeglądałam różne katalogi wystaw zbiorowych rysunku satyrycznego. Nietrudno zauważyć, że kobiet było niewiele wśród autorów. W jednym z nich z roku 1993, prezentującym artystów z całego świata, tylko jeden rysunek, który wyszedł spod kobiecej ręki był reprodukowany. I była to akurat… moja grafika. Nie czułam się jednak przedstawicielką mniejszości. Dowodem na to, że można było liczyć na wsparcie kobiet w owym czasie, był fakt, że Agnieszka Osiecka wybrała właśnie mnie do ilustrowania swoich wierszy w „Szpilkach”. Goniec przesłany z redakcji zajmował się moim dzieckiem, żebym mogła skończyć na czas grafikę do druku. Był to początek mojej fascynacji twórczością tej autorki. Dzięki temu powstał zbiór szkiców do jej poezji, który zatytułowałem „Klucz do szczęścia”. Prezentacja tych ilustracji w Galerii Sztuki Rampa, towarzyszyła premierze spektaklu „Cafe Sax” w reżyserii Cezarego Domagały, który poświęcony był Agnieszce Osieckiej.
P.K. A czy ktoś w Pani rodzinie zajmuje się działalnością artystyczną?
H.K. Tak, syn, który jest absolwentem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie oraz Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.
P.K. Wiem, że zgodziła się Pani ze mną porozmawiać nie tylko z tego względu, że jest Pani jedną z niewielu kobiet, które zajmowały się prasowym rysunkiem satyrycznym, ale także z tego powodu, że nasza rozmowa będzie dobrą okazją, aby podziękować osobom z tego środowiska, które pojawiły się na Pani drodze i w jakimś stopniu wpłynęły na Pani wybory i artystyczne losy.
H.K. Dziękuję wszystkim, którzy byli częścią mojej życiowej historii, za piękny wspólny czas.
Rozmowa z dn. 29 maja 2025 (Warszawa)