Rozmowa z Małgorzatą Derwich-Pawelą
Małgorzata Derwich-Pawela - córka Stefanii Cholewczyńskiej-Derwich i poznańskiego rysownika Henryka Derwicha, dziennikarka telewizyjna i prasowa, z zamiłowania fotografka, mama Magdy Dobrochny i Huberta, która dba o to, aby pamięć o jej utalentowanych rodzicach przetrwała w świadomości kolejnych pokoleń.
Piotr Kułak: O Stefanii Danieli Cholewczyńskiej-Derwich, żonie słynnego poznańskiego rysownika Henryka Derwicha, można śmiało powiedzieć, że była artystką wielu talentów. Zaistniała jako projektantka mebli i wnętrz, malarka, rysowniczka, pedagog. Stefania, Danuta, Daniela, takie imiona można spotkać przeszukując archiwa w poszukiwaniu informacji o Pani mamie. Proszę na wstępie o wyjaśnienie skąd tego typu rozbieżności.
Małgorzata Derwich-Pawela: Mama nie używała w relacjach z najbliższymi imienia Stefania, choć było to jej pierwsze imię. Mój tata, Henryk Derwich, dowiedział się dopiero podczas ślubu, że mama ma na imię Stefania, bo nawet na zaproszeniu ślubnym było napisane Danuta Cholewczyńska. Cała rodzina mówiła do niej Dana, Danusia. Zresztą mama też różnie używała tych imion. Jak malowała jakiś obraz do sprzedaży, podpisywała się Stefania Cholewczyńska-Derwich. A jak rysowała czy malowała coś dla rodziny, jak chociażby dla mnie cykl obrazów zatytułowany „Kwiatki dla Małgorzatki”, który wykonała w 1986 roku na mój ślub, to podpisywała się Danuta. Zatem tak wyglądała sprawa z jej imionami… Tato żartował, że w rodzinie Mamy nikt nie ma tak na imię, jak w dokumentach – Łucja używała imienia Lucyna, Alfreda była Alą, Maria – Marylą, Jan – Januszem.
P.K. Sądzę, że nie będzie dużym nadużyciem stwierdzenie, że Pani Stefania była artystką wszechstronną. Poza rysunkiem prasowym i karykaturą, które publikowała głównie na łamach poznańskiego „Kaktusa”, ukazującego się w latach 1957– 1960, zajmowała się także, a może przede wszystkim, innymi dziedzinami twórczości.
M.D-P. Zacznijmy od tego, że mama ukończyła studia w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Poznaniu na Wydziale Architektury Wnętrz, dyplom otrzymała w 1955 roku. Początkowo chciała studiować rzeźbę, ale ze względu na reumatyzm, niestety, nie mogła pracować w glinie, więc przeniosła się na malarstwo i grafikę. Wtedy poznała tatę, bo on już studiował grafikę, tyle że był rok wyżej. Na ostatnim roku studiów poznańskiej PWSSP odgórnie narzucono specjalizację, którą właśnie była wspomniana architektura wnętrz. Stąd na dyplomie moich rodziców można przeczytać, że uzyskali stopień zawodowy dyplomowanego artysty plastyka ze specjalnością architektura wnętrz. Mama na tym polu odniosła sukcesy. Jej meble były nagradzane chociażby na targach. W 1958 roku miała wystawę mebli na Międzynarodowych Targach Poznańskich, które według jej projektu wykonała Stolarnia Ludowa – Spółdzielnia Przemysłu Ludowego i Artystycznego w Poznaniu. Kilka kompletów tych mebli zamówiło Ministerstwo Spraw Zagranicznych do placówek dyplomatycznych. Projektowaniem mebli zajmowała się najintensywniej tuż po studiach. Ale w kręgu jej zainteresowań były też inne dziedziny.
Mama przez całe życie malowała, rysowała i nie był to bynajmniej tylko rysunek prasowy. Na przykład w latach 60. wykonała obszerny cykl obrazów o charakterze martyrologicznym, przedstawiających ręce. Pamiętam, jak powstawał ten cykl, choć byłam wtedy dzieckiem. Mama całymi dniami potrafiła obserwować w lustrze swoje schorowane (reumatyzm) dłonie. Układała je na różne sposoby, w jakieś tajemnicze, jednocześnie tragiczne gesty i utrwalała je w obrazach. Prosiły o kawałek chleba, zastygały w geście rozpaczy albo dawały znaki życia zza drutów kolczastych… Te ręce stały się moim wyobrażeniem o wojnie, choć miałam wtedy może 5-6 lat. Później cykl ten prezentowany był na kilku wystawach i ostatecznie przekazany został przez mamę Szkole Podstawowej nr 1 w Oświęcimiu. Niestety, obecnie nie wiadomo co się z nim stało.
Po śmierci taty w 1983 roku, mama jeszcze bardziej skupiła się na malarstwie. Zatem można powiedzieć, że w każdej z wymienionych dziedzin w jakiś sposób zaistniała.
P.K. Powszechnie uważa się, że rysunek satyryczny czy humorystyczny wymaga od jego autora specjalnej wrażliwości na świat i poczucia humoru. Jak to było z poczuciem humoru u Pani mamy?
M.D-P. Moja mama była niesamowitą śmieszką i osobą bardzo pogodną. Miała charakterystyczny perlisty śmiech, z którego była znana. W czasach, kiedy moi rodzice udzielali się w życiu artystycznym Poznania i w kabaretach, czyli w latach 50., powstał Teatr Satyry, gdzie swoje sztuki wystawiał m. in. Artur Maria Swinarski. Mama podczas przedstawień miała specjalną misję – rozbawić publiczność; ponieważ jak ona na widowni zaczynała się śmiać, to zarażała śmiechem wszystkich wokół. Z kolei zanim mój tata oddał rysunek w redakcji, zawsze najpierw pokazywał go mamie. Jak mama się śmiała, to był znak, że rysunek może zostać opublikowany.
P.K. Czyli można śmiało powiedzieć, że Pani rodzice w tej sferze artystycznej, przynajmniej w jakimś stopniu, z sobą współpracowali?
M.D-P. Jak już wspominałam moi rodzice poznali się na studiach, dokładnie w 1951 roku. Rodzinna anegdota głosi, że mój tata wybrał sobie grafikę, bo był daltonistą. Podczas studiów mama pomagała mu podkładać kolory na zaliczeniach z malarstwa i w ten sposób moi rodzice się... lepiej poznali. Współpracowali tworząc między innymi dekoracje do kabaretu literackiego Poznańskie Koziołki. Tata w tym kabarecie występował jako „szybko rysujący” i robił skecz rysowniczy, a do tego występu przygrywali mu Jerzy Grzewiński i Krzysztof Trzciński, później znany jako Krzysztof Komeda. Gdy tato zahaczył się w poznańskiej prasie, na początku też pomagał w tym względzie narzeczonej, a później świeżo poślubionej żonie...
P.K. Wspominała Pani, że Pani Stefania malarstwem zajęła się z większą intensywnością dopiero po śmierci Pana Henryka, z czego to wynikało?
M.D-P. Kariera mamy była nieco utrudniona. W tamtych czasach było tak, że kobieta powinna zajmować się domem i rodziną. Zanim się urodziłam, rodzice udzielali się towarzysko. Wspominałam już, że uczestniczyli intensywnie w życiu artystycznym i kulturalnym Poznania. Moi rodzice przyjaźnili się z wieloma osobami z tutejszego świata artystycznego. To było dobrze zżyte towarzystwo - często się spotykali, bawili i realizowali jakieś wspólne pomysły. Wszystko się zmieniło wraz z moimi narodzinami. Wtedy mama poza obowiązkami domowymi musiała się także zajmować mną, więc na twórczość i życie towarzyskie już nie było za wiele miejsca. To były inne czasy, kobiety miały dość silnie przypisane role społeczne. Poza tym mój tata był zazdrośnikiem, nie tylko w sferze prywatnej, ale także artystycznej. Podam taki przykład - mama narysowała kiedyś udany portret taty, a on go zniszczył. Na szczęście zachowała się jego fotografia, bo mama była bardzo skrupulatną archiwistką (zbierała i opisywała m. in. wycinki prasowe dotyczące swojej twórczości, twórczości taty i mojej) i zanim tacie pokazała ten portret, zrobiła zdjęcie. Mój tata był towarzyskim i uroczym człowiekiem, uwielbianym przez znajomych, ale miał swój charakterek. To mama jednak była tą najlepszą studentką, miała najlepsze prace. A tata, cóż… Przerwał studia, by zarabiać na życie, w architekturze wnętrz w ogóle nie zaistniał. Tolerował, gdy mama zajmowała się inną dziedziną niż on, tzn. np. projektowaniem mebli, ale też do czasu. Dlatego mama artystycznie, chociażby w dziedzinie malarstwa, rozwinęła skrzydła po śmierci taty, bo wcześniej wszystko było nakierowane na jego karierę.
P.K. Gdyby miała Pani określić, która dziedzina twórczości była najbliższa Pani Stefanii, to na co by Pani wskazała?
M.D-P. Zdecydowanie malarstwo. Pomimo tego, że największe sukcesy odniosła w projektowaniu mebli, to jednak tą dziedziną, która towarzyszyła jej przez całe życie, było malarstwo. Mama dbała także o to, aby moje dzieci wychowywały się na pracach dziadka, ale też rozwijały się artystycznie. W przypadku mojego syna to zaowocowało tym, że jest architektem. Syn świetnie rysuje i głównie to sprawiło, że został on dostrzeżony przez profesora, u którego na uczelni w Stuttgarcie robił dyplom. Na spotkaniu po obronie, gdy chwalono jego perfekcyjny rysunek, powiedziałam, że syn kreskę odziedziczył po dziadku, wtedy a on sprostował, że tę umiejętność zawdzięcza babci.
P.K. Wróćmy jednak na chwilę do rysunku satyrycznego. Pani tata był wziętym rysownikiem prasowym, który współpracował z wieloma pismami m.in. z „Expressem Poznańskim”, „Głosem Wielkopolskim” oraz „Kaktusem”. Natomiast Pani mama publikowała głównie w „Kaktusie” rysunki o tematyce obyczajowej. Chciałbym podkreślić, że jej prace pojawiały się w tym piśmie już od pierwszego numeru i była jedną z dwóch kobiet-rysowniczek, która współpracowała z tymi bodaj najważniejszym powojennym tytułem satyrycznym w Poznaniu (drugą była Maria Tarska podpisująca swe prace Kryszczukajtis). Rysunki Pani Stefanii ukazujące się w „Kaktusie”, choć uproszczone i można powiedzieć od strony formalnej minimalistyczne, iskrzyły humorem i trafiały w sedno. Stąd tym bardziej zastanawiający jest fakt, że Pani Stefania po zamknięciu „Kaktusa” nie próbowała swych sił rysowniczych w innych tytułach. Jak Pani sądzi, z czego to wynikało? Czy mama nie do końca czuła rysunek prasowy? Czy może były też jakieś inne przyczyny tej dość luźnej współpracy z prasą?
M.D-P. Tato zdobył etat w „Expressie Poznańskim” dopiero w 1965 roku, pomimo że współpracował z tą popołudniówką od 1948 roku. Przypomnę, że tato debiutował jako rysownik w 1946 roku w amerykańskim czasopiśmie „The Go Devil Weekly Pictorial”, ukazującym się w strefie okupacyjnej Niemiec (został wysłany do Ingolstadt na roboty przymusowe jako żołnierz kampanii wrześniowej 1939 roku). Po wojnie, gdy mieszkał w Warszawie (i odbudowywał stolicę), kilka jego rysunków ukazało się w „Expressie Wieczornym”. Jak pan wspomniał – współpracował z „Expressem Poznańskim”, „Głosem Wielkopolskim” i „Kaktusem”, ale przez wiele lat tato miał problem z dostaniem etatu. I jak już ten etat sobie wywalczył, to zdarzało się, że załatwiał kolegom różne zlecenia czy rubryki w prasie, ale żonie, z obawy o oskarżenia o nepotyzm, nie pomagał. Dlatego mama publikowała rysunki w prasie okazjonalnie. Zadebiutowała w 26 numerze „Głosu Wielkopolskiego” z 1954 roku; wtedy ukazały się jej dwie ilustracje do fragmentu powieści. Natomiast debiut w charakterze rysowniczki satyrycznej miała w pierwszym numerze „Kaktusa” w 1957 roku. Nieco później literat, dziennikarz i satyryk Tadeusz Henryk Nowak, z którym rodzice się przyjaźnili, widząc, że tata nie ułatwia mamie publikowania rysunków w prasie, zaproponował, aby ilustrowała jego teksty. Najczęściej mama rysowała portrety różnych osób do jego artykułów publikowanych w miesięczniku „Nurt”. Chciałabym jeszcze dodać, że w 1959 roku mama zrobiła karykaturę słynnemu w Poznaniu rysownikowi i karykaturzyście Tadeuszowi „Not-owi” Nowickiemu (została opublikowana w 1966 roku w „Expresie Poznańskim”).
Znacznie więcej dla mamy w kwestii rozwoju artystycznego zrobiła jej młodsza siostra Maryla. Z zawodu dziennikarka pisząca głównie o filmie, mieszkająca w Warszawie, wcześniej w Gdańsku zajmowała się kulturą i pracowała w tak zwanym Małym Ratuszu. I to właśnie w Małym Ratuszu siostra zorganizowała wystawy prac mamy. Później Maryla zaangażowała się w ruch eko i zachęciła też do tego mamę. Miały nawet wspólną wystawę zatytułowaną „Słowo i obraz”, na której mama prezentowała prace rysunkowe i malarskie, a Maryla swe utwory literackie. Mama miała z tą siostrą, którą wychowywała, szczególnie silną więź; Maryla mówiła, że łączy je „porozumienie dusz”. Pewnie dlatego niedługo po śmierci młodszej siostry w 2014 roku, mama dostała wylewu. Niestety, już do końca życia była przykuta do łóżka i co więcej – utraciła zdolność do rysowania. Pamiętam te jej przerażone oczy, gdy próbowała coś narysować, a spod ołówka wychodziły tylko gryzmoły. Nie zdawała sobie sprawy, że po wylewie nie będzie mogła wrócić do twórczości…
P.K. Z Pani wypowiedzi może wynikać, że pan Henryk widział konkurencję w pani Stefanii… Czy tak rzeczywiście było?
M.D-P. Pamiętam z dzieciństwa taką sytuację… Mieszkaliśmy wtedy na Grunwaldzie i mieliśmy mieszkanie jednopokojowe z kuchnią. Kuchnia była pracownią taty. Mama, jako że zajmowała się projektowaniem mebli, potrzebowała więcej miejsca, więc swoje projekty rozkładała w jedynym pokoju. Pewnego razu, choć wtedy nie znałam jeszcze tego kontekstu, tata niby przypadkiem wylał mamie kawę na ukończony projekt…
Jak już wspominałam, tata był uwielbiany, bo był niesamowicie dowcipny, znany ze swoich rysunków i tak odbierali go ludzie. Ja i mama znałyśmy go na co dzień. Pod koniec życia, kiedy poważnie chorował na serce, stał się naprawdę uciążliwy. Ale mama mu wszystko wybaczała i pomimo tego, że nie miała łatwo, wspierała go. Później tworzyła jego legendę: organizowała wystawy, przypominała rysunki, robiła wszystko, żeby ludzie o nim nie zapomnieli. Następnie przekazała pałeczkę mnie. Postarałam się, by KAW (Krajowa Agencja Wydawnicza) opublikowała niewielką broszurę z rysunkami taty. Ale dopiero dwadzieścia lat po śmierci udało mi się spełnić jego marzenie i z pomocą koleżanki, Małgosi Jańczak, wydać album na dobrym papierze i z twardą oprawą pt. „Poznański Dziennik Derwicha”; (według mojego pomysłu) znalazło się w nim 365 rysunków taty, na każdy dzień roku. Natomiast w 2021 ukazała się kolejna książka nakładem wydawnictwa Media-Rodzina pt. „Derwich. À propos PRL-u”.
P.K. Na szczęście Pani Stefania jako osoba twórcza i wszechstronna, potrafiła znaleźć sobie inne zajęcia. Zaangażowała się w działalność nazwijmy to ogólnie pedagogiczną i działała przez wiele lat jako instruktorka plastyki w różnych instytucjach prowadząc zajęcia dla dzieci i młodzieży.
M.D-P. Owszem, mama miała talent pedagogiczny. Pamiętam, że jak wyjeżdżaliśmy na wakacje nad morze do Sarbinowa, mama organizowała tam zawsze dla dzieci zajęcia plastyczne, jako że prasowy dom wypoczynkowy był oddalony od miasteczka, więc poza kąpielami w morzu dzieci tak naprawdę nie miały co tam robić. Mama działalność edukacyjną związaną z prowadzeniem kółek czy warsztatów plastycznych nie tylko dla dzieci rozpoczęła znacznie wcześniej. Najpierw w latach 1956-1960 była instruktorem plastyki w Domu Drukarza RSW „Prasa”, następnie przez rok w latach 1960-61 w Technikum Budowalnym w Poznaniu, później przez chwilę w Powiatowym Domu Kultury w Szamotułach i Garnizonowym Klubie Oficerskim w Poznaniu. W latach 1966-69 była instruktorem-terapeutą osób ze spastycznością mięśni u prof. Wiktora Degi w Państwowym Szpitalu Klinicznym nr 4 w Poznaniu. Do działalności edukacyjnej powróciła też po urodzeniu mnie, żeby zdobyć mieszkanie; w latach 1972-85 prowadziła zajęcia dla dzieci w pracowni „Paleta”, która powstała przy Poznańskiej Spółdzielni Mieszkaniowej w Poznaniu. Wychowankami mamy były późniejsze osobistości m. in. filmoznawca prof. Marek Hendrykowski i jego siostra, tancerka, Mariola Hendrykowska, publicysta Marcin Januszkiewicz czy artysta malarz i wykładowca Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, Paweł Kiełpiński. Poza działalnością na rzecz plastycznego kształcenia dzieci i młodzieży, mama z chęcią włączała się w różnorodne akcje charytatywne mające na celu zbiórkę środków na rozmaite cele, chociażby budowę Pomnika-Szpitala Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie czy UNICEF. Jej wkład obejmował zazwyczaj przekazanie kilku prac malarskich na licytacje, z której dochód przeznaczany był na wskazany cel.
P.K. Z Pani wypowiedzi wynika, że Pani Stefania miała ogromny dar do nauczania i przekazywania wiedzy jak i dzielenia się swoimi umiejętnościami z dziećmi. Zaciekawił mnie wątek jej współpracy z prof. Wiktorem Degą. Czy mogłaby Pani nieco bardziej rozwinąć ten temat?
M.D-P. Mama w 1966 roku zaczęła pracować u prof. Degi, słynnego ortopedy, który wprowadził formę terapii przez sztukę. Była pierwszą artystką, która prowadziła warsztaty terapii zajęciowej w zbudowanym za sprawą profesora Domku Szwedzkim. Profesor zajmował się terapią osób ze spastycznością mięśni, czyli np. z mózgowym porażeniem dziecięcym, u których występuje wzmożone napięcie mięśniowe, powodujące sztywność i trudność w kontrolowaniu ruchów. I zadaniem mojej mamy była pomoc w rehabilitowaniu pacjentów profesora przez prowadzenie zajęć plastycznych. Chciałabym to jeszcze raz podkreślić, mama była pierwszą osobą, która została zaangażowana w tę terapie przez profesora. Niestety współpraca ta nie trwała długo, ponieważ mój tata nie do końca zgadzał się z tym, że mama pracuje, zamiast zajmować się mną. Niestety, takie były realia, że gdy kobiety, zajmujące się jakąś gałęzią twórczości, zakładały rodziny, to najczęściej ich kariera albo przestawała się rozwijać, albo znacząco zwalniała.
P.K. A czy ktoś w rodzinie Pani Stefanii zajmował się działalnością artystyczną?
M.D-P. Ojciec mamy Franciszek Cholewczyński (1904-1973) był znanym w Inowrocławiu artystą malarzem. Urodził się w Hamburgu i chodził tam do szkoły plastycznej. W wieku 16 lat wrócił do kraju, gdzie uczył się jeszcze pod kierunkiem m.in. u prof. Antoniego Serbeńskiego (malarstwo i rysunek). Dziadek miał przed II wojną swój zakład malarski, wykonywał polichromie i malowidła ścienne w kościołach, dla zarobku (musiał przecież wyżywić sześcioro dzieci) malował reprodukcje; prywatnie upodobał sobie głównie malarstwo pejzażowe, w tym weduty (kiedyś nazwano go nawet „Canalettem Inowrocławia”). Mama jako jedyna z pięciu sióstr poszła w jego ślady i ukończyła artystyczną uczelnię. Choć jeszcze najstarsza siostra mamy, Lucyna Cybulska, pomimo tego, że była absolwentką Wyższej Szkoły Ekonomicznej, zajęła się projektowaniem mody w Zakładzie Przemysłu Odzieżowego „Cora” w Warszawie; a brat Janusz, prawnik, artystyczne powołanie odnalazł na emeryturze.
P.K. A czy Pani dziadek był zadowolony, że jedna z córek poszła w jego ślady?
M.D-P. Tak, zdecydowanie był bardzo zadowolony. Mama nie wyobrażała sobie, że mogłaby robić coś innego przecież wyrosła wśród płócien, farb, terpentyny i oleju w jego pracowni. Towarzyszyła mu w pracach na rusztowaniach w kapliczkach i kościołach na Kujawach, obserwowała go podczas pracy, zdobywając już wtedy jakieś umiejętności. Dziadek bardzo się cieszył, że mama zdecydowała się na wyższe studia artystyczne, bo on sam nie ukończył wyższej szkoły sztuk plastycznych. Zresztą, odkąd pamiętam, mama z dziadkiem miała bardzo dobry kontakt.
P.K. A czy Pani będąc córką dwójki utalentowanych artystów myślała kiedyś o tym, aby iść w ślady rodziców?
M.D-P. Był czas, że chciałam startować do szkoły plastycznej, trochę na złość tacie. On był temu pomysłowi przeciwny i zawsze mówił, że po takiej szkole to „będziesz kit z okien jeść”. Mówił to oczywiście z troski. Ja wtedy odparowywałam, że przecież on tego nie robi i na tym ten dialog najczęściej się kończył. Ostatecznie poszłam na dziennikarstwo, ale przyznam się, że przez jakiś czas rysowałam karykatury portretowe, które nawet publikowane były w prasie.
P.K. O! Czyli jednak w pewnym stopniu kontynuowała Pani rodzinne tradycje.
M.D.-P. Gdy tato zmarł, „Express” zwrócił się do mnie, żebym tworzyła takie rysunki satyryczne, jak on; oczekiwali ode mnie, że będę kontynuować jego felietony rysunkowe. Wyjaśniłam im, że nie mam tego zmysłu satyrycznego, który miał tata i że nie podejmę się tego zadania. Wcześniej natomiast tata wprowadził mnie do „Tygodnika Ludowego”, żebym za niego przygotowywała oprawę plastyczną pisma, bo on ze względu na chorobę nie czuł się na siłach. Ja wtedy nie dostałam się do szkoły plastycznej i miałam rok przerwy, więc tata wdrażał mnie w różnego typu prace przy opracowaniu czasopism. A wracając do moich karykatur portretowych, to nawet tata mi mówił, że potrafię je rysować i że mam zdolność wyłapywania charakterystycznych cech danej postaci. Karykatury rysowałam już w szkole… Jak jakiś nauczyciel mi podpadł, zaraz go karykaturowałam. Na studiach miałam nawet wystawę karykatur wykładowców. A moje pierwsze rysunki były publikowane w „Expressie” i „Głosie”. Ja zresztą najpierw debiutowałam w prasie jako rysowniczka, a nie dziennikarka. Pierwszą karykaturą, jaką opublikowałam w „Expressie” w 1982 roku, czyli jeszcze za życia taty, była karykatura Ewy Demarczyk. Później, w 1983 roku, w „Głosie Wielkopolskim”, opublikowałam karykatury m. in. Krawczyka, Trojanowskiej i Młynarskiego. Tak że, co prawda amatorsko, ale można powiedzieć, że kontynuowałem rodzinne tradycje rysownicze.
P.K. Obecnie kontynuuje Pani także zapoczątkowaną przez Panią Stefanię misję, której celem jest podtrzymywanie w świadomości kolejnych pokoleń pamięci o Pani ojcu Henryku Derwichu. Doprowadziła Pani, dzięki pomocy wielu ludzi dobrej woli, pamiętających Derwicha, przedsiębiorstwu Ataner i radnym Starego Miasta oraz Rady Miasta Poznania w 2022 r., do powstania w Poznaniu skweru nazwanego imieniem Pani taty. W 2010 roku wraz z mamą przekazała Pani do zbiorów Biblioteki Uniwersyteckiej w Poznaniu spuściznę po Panu Henryku, a jego rysunki nadal są publikowane na stronie internetowej Biblioteki w cyklu „Na marginesie” (tak nazywała się rysunkowa rubryka Henryka Derwicha w „Głosie Wielkopolskim”). Doprowadziła Pani także do wydania książek poświęconych twórczości ojca. Ale to, co w Pani działaniach wydaje mi się najważniejsze to fakt, że do tej niezwykłej misji włączyła Pani także niezwykłą artystkę i osobę, Panią Stefanię, którą stara się Pani wydobyć z cienia znanego męża. Życzę Pani powodzenia w tej trudnej, ale niezwykle potrzebnej misji.
MD-P. Dziękuję bardzo!
Rozmowa z dn. 9 maja 2025 (Poznań)