Przejdź do głównej treści

Rozmowa z Małgorzatą Lazarek

Piotr Kułak: Małgosiu, jesteś najmłodszą matką karykatury w moim subiektywnym wyborze artystek, które określam tym mianem. Moja baza obejmuje rysowniczki, które debiutowały przed 1989 rokiem. Zastanawiam się czy mieścisz się w wyznaczonej przeze mnie cezurze... Także zacznijmy od pytania o Twój rysowniczy debiut w prasie.

Małgorzata Lazarek: Spokojnie, mieszczę, mieszczę! Bo ja, mój drogi, do prasy zaczęłam rysować już w podstawówce. Kupowałam takie czasopismo, które nazywało się „Świat Młodych”. Kiedyś został ogłoszony w nim konkurs na rysunek i wysłałam tam moją pracę, która została opublikowana w tym piśmie. Cała podstawówka wiedziała, że Małgosia, której rysunek ukazał się w gazecie to jestem waśnie ja. Potem na studiach założyliśmy takie wewnątrzuczelniane czasopismo, które nazywało się „Jądro” i także do tego pisma rysowałam. A jeszcze później, już po studiach, rysowałam od 1989 roku do „Gazety Wyborczej” – w zasadzie to był mój profesjonalny debiut w prasie, a od 1993 roku dla „Super Expressu”. Nieco później rysowałam też do „Twojego Stylu”, dla którego wymyśliłam piktogramy z przedstawieniami znaków zodiaku. W 2000 roku przez cały rok były one publikowane w rubryce Horoskop.

P.K. Byłaś związana z redakcjami etatowo?

M.L. Te dwie współprace, to jest dla „Gazety Wyborczej” i dla „Super Expressu” były różne. W przypadku „Wyborczej” rysunki zostały mi zlecane okazjonalnie. A w „Super Expresie” pracowałam na ¼ etatu i jako pracownik etatowy byłam w redakcji 3 dni w tygodniu. Z moją współpracą z „SE” wiąże się zabawna historia. Początkowo pismo to uznawane było za gazetę brukową”. Opisywano tam, że ktoś coś ukradł, zbiegł, zabił, zgwałcił i inne tego typu historie… Pewnego razu redaktor naczelna wpadła raz na myśl, żebym regularnie dostarczała rysunki na właśnie tego typu tematy. I założyła mi teczki nazwane zabił, ukradł, zgwałcił, nagrał, wykorzystał, do których miałam wkładać moje prace. Zachowałam te teczki do dzisiaj… I powiem Ci, że to okazało się dla mnie fantastyczne, to stanowiło duże wyzwanie, bo przecież nie mogłam rysować tego dosłownie, musiałam szukać jakiegoś klucza plastycznego. Dla mnie to była niezła gimnastyka i to naprawdę dużo mnie nauczyło. To była taka „myślówa”, trzeba było wpaść na dobry pomysł, żeby zilustrować taki trudny temat. Wiesz, to było też trudne zadanie jeszcze z jednego powodu. Ja musiałam też pokonywać opór dziennikarzy, którzy jednak oczekiwali dosłowności w tych moich pracach. Musiałam ich przekonywać, że takich tematów nie można rysować dosłownie, ale właśnie przekazać je według jakiegoś pomysłu i klucza plastycznego. Także ta współpraca z „Super Expressem” była dla mnie dobrym ćwiczeniem do robienia ilustracji i swego rodzaju kontynuacją tego, co robiłam na Akademii w pracowni prof. Zbigniewa Pieczykolana, który był jednym z moich promotorów. Profesor prowadził na Wydziale Grafiki w Katowicach Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie pracownię zespoloną. Ta pracownia polegała na tym, że robiliśmy ilustracje na zadany temat. Chodziło o przełożenie na język plastyczny jakiegoś wskazanego przez profesora zagadnienia. I to też była taka myślowa gimnastyka, że należało wymyślić coś oryginalnego i zrobić to dobrze, żeby dla kogoś innego było to zrozumiałe. Studia u prof. Pieczykolana były bardzo ważnym etapem i szkołą do moich przyszłych działań.

P.K. A jak wspominasz czas studiów?

M.L. Ależ wspaniale! Byłam bardzo dobrą studentką. Na zakończenie Akademii dostałam nagrodę, bo moja średnia ocen wynosiła 4,7. Bardzo lubiłam studia… Moja uczelnia była bardzo mała, to w zasadzie był Wydział Grafiki w Katowicach krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ten wydział był podzielony na dwa kierunki grafikę, którą kończyłam i projektowanie graficzne. Także wszyscy na uczelni się znali. Na moim roku było 20 osób. Mieszkałam w akademiku Parnas, gdzie mieszkali między innymi muzycy, chociażby Stanisław Soyka. I to było dla mnie fantastyczne, że mogłam być w takim środowisku artystycznym... Ale chciałbym Ci powiedzieć o moim ulubionym profesorze i promotorze prof. Pieczykolanie, który „dostarczył” mi trochę stresów. A było to tak… Jak dostałam się na studia, to słyszałam od innych studentów, że jest taki jeden profesor, z powodu którego można wylecieć z uczelni. Mówili, że jeżeli przejdziesz przez Pieczykolana to już masz prawie dyplom. Więc ja byłam przerażona nim i strasznie się stresowałam jego zajęciami. Ja na studia dostałam się za trzecim razem, więc było to coś wyśnionego i wymarzonego, dlatego stresowałam się tym, że mnie wyrzucą. Także osoba prof. Pieczykolana spędzała mi sen z powiek. Jak on kazał robić dziesięć szkiców to ja robiłam czterdzieści, żeby on wiedział, że ja jestem dobra i się przykładam do zajęć. Wszystkim robił korekty a mi nie, a do tego zabierał moje prace! Dla mnie to oznaczało jedno, zostałam wybrana do tego, że będę tą jedyną osobą, która zostanie wyrzucona na zbity pysk. I słuchaj, ja dostałam od niego szóstkę! Wtedy to nawet nie wiedziałam, że można mieć w uczelni szóstkę. Po tej całej sytuacji mi się w głowie wszystko poukładało i doszłam do wniosku, że to jest moja droga życiowa, że to właśnie powinnam robić. I to stąd, w znacznej mierze, wzięły się te moje późniejsze wybory, czyli rysowanie do gazet, tworzenie ilustracji i w końcu Satyrykon, który generalnie jest też jakby kontynuacją tego, co robił mój ukochany prof. Pieczykolan. To wszystko tak się zapętla. Ale to nie jest jednak do końca tak, że to się narodziło na studiach…

P.K. To w takim razie kiedy nastąpił ten moment, w którym zainteresowałaś się karykaturą?

M.L. To może najpierw opowiem skąd w ogóle mi się wzięły jakieś plastyczne historie. W zasadzie to wszystko zaczęło się kiedy byłam dzieckiem. W domu wszystkie książki, które wpadły mi w rękę były przeze mnie kolorowane. Później ten mój debiut w podstawówce, o którym już wspominałam. Ja jako dziecko byłam tak zwane „żywe srebro”, wszędzie było mnie pełno. I w szkole podstawowej sama się zgłosiłam, żeby pracować w sklepiku. Oczywiście zdecydowało o tym to, że były tam ciastka tortowe, z których z koleżanką odkrawałyśmy po dwa centymetry i się nimi zajadałyśmy. Ale oczywiście wiadomo, że z dużym zaangażowaniem, poza tym jedzeniem skrawków, sprzedawałam te produktów, które były w sklepiku. Moja mama, która pracowała w biurze, do tego sklepiku szkolnego przynosiła takie szare koperty, które były trochę zniszczone i nie mogły być już u niej w pracy używane. Ja na tych kopertach rysowałam bohaterów bajek, czy tam jakieś postaci z gum do żucia, i wystawiałam to w tym sklepiku. Dzieci przychodziły i mówiły „ja poproszę taką kopertę”, na co ja odpowiadałam proszę 20 groszy. I na czarno sprzedawałam te koperty z moimi rysunkami. Zarobione pieniądze przepuszczałam na pączki i oranżadę… Wtedy chyba już do mnie dotarło, że rysowanie to jest nawet dobry sposób na zarabianie pieniędzy. Poza pracą w sklepiku udzielałam się w chórze szkolnym, teatrzyku kukiełkowym, śpiewałam w zespole Nap, a w klasie z kolei, żeby być osobą lubianą wśród swoich rówieśników rysowałam karykatury nauczycieli. Oczywiście one w tamtym momencie nie były profesjonalne, ale potrafiłam uchwycić jakieś cechy charakterystyczne danego nauczyciela. Te moje rysunki wszystkim się bardzo podobały. To też było bardzo fajne, bo czułam, że jestem lubiana… No i co ważne, koledzy siedzieli przy mnie i obserwowali jak rysuje, a nie przy koleżankach [śmiech].

Do tego jeszcze muszę wspomnieć, że w podstawówce kupowałam „Szpilki”, których w ogóle nie rozumiałam… Miałam wtedy mniej więcej 13 lat i te teksty były dla mnie za trudne. Ale uwielbiałam przeglądać to czasopismo, bo podobały mi się publikowane w nim rysunki. Kupowałam też „Przekrój”, w którym publikowany był mój ulubiony Humor zeszytów szkolnych. Tego rodzaju zabawne teksty i rysunki bardzo mi się podobały, mnie to po prostu, że tak powiem to „rajcowało”. Wtedy nawet nie przeszło mi przez myśl, że później sama będę coś podobnego robić.

P.K. Wiem, że lubisz tworzyć rysunki i ilustracje na zadany temat, a czy masz jakieś swoje ulubione tematy?

M.L. Moim ukochanym dzieckiem są humory zeszytów szkolnych. Wspominałam już, że kupowałam „Przekrój”, w którym była rubryka Humor zeszytów szkolnych. Były to zabawne teksty uczniów, zawierające jakieś pomyłki czy lapsusy słowne, które nauczyciele przesyłali do redakcji. Ja już w podstawówce wycinałam te teksty i wklejałam do specjalnego zeszytu. Na studiach też kupowałam „Przekrój” i czytywałam z pasją te rubrykę. Raz gdy chciałam wysłać zgłoszenie na legnicki Satyrykon – to było już po tym jak dostałam tam wcześniej nagrodę – był jakiś taki temat przewodni, że nic mi fajnego nie przychodziło do głowy. Miałam wtedy taki czas, że nie byłam w stanie nic wykoncypować zabawnego. Wtedy wpadły mi w ręce te Humory zeszytów szkolnych i pomyślałam, że coś z tego wybiorę i zilustruję.

Praca nad tymi humorami polegała na tym, że miałam znaleźć język plastyczny do przełożenia zabawnego tekstu, ale znaleźć go tak, żeby był on uzupełnieniem tekstu albo spojrzeniem z innej strony. To mnie tak wciągnęło, że zrobiłam kilka takich prac, wysłałam na Satyrykon i dostałam znów nagrodę. Później bardzo się w to wkręciłam i na inne konkursy wyszukiwałam jakieś pasujące teksty. Pamiętam chociażby konkurs Uśmiech Chopina zorganizowany przez Muzeum Karykatury w 2010 roku, na który też wysłałam taką ilustrację tekstu z humorów zeszytów szkolnych i też dostałam nagrodę. Humor zeszytów szkolnych, mogę to śmiało powiedzieć, jest dla mnie takim kołem ratunkowym, że jak nie mam pomysłu, to sobie wyszukuję jakiś tekst i robię do niego ilustrację. Mało tego, atutem tych humorów jest też to, że są one dla mnie terapią. Załóżmy, jest listopad, na dworze piździ, zimno, ciemno, słowem - jest okropnie. Mam beznadziejny humor, obudziłam się o godzinie 9 jest ciemno, idę spać o 22 jest ciemno, brakuje mi czegoś… i wtedy ratunkiem są naprawdę te humory zeszytów szkolnych! Otwieram sobie mój zeszyt z wycinkami albo moje notatki i to czytam. Po jakimś czasie poprawia mi się nastrój. Dla mnie to jest naprawdę świetna inspiracja. Choć muszę powiedzieć, że jest też jeden mankament tych humorów. One są tylko polskie, są nieprzetłumaczalne na żaden język. Raz na wystawie w Niemczech pokazywałam kilka moich humorów i Pani tłumaczka bardzo się starała oddać sens tych tekstów, ale to średnio wychodziło. Zapamiętaj: Humory zeszytów szkolnych to jest nasze dziedzictwo!

P.K. A czy zdarzało Ci się w swych rysunkach komentować bieżącą politykę?

M.L. Jak pracowałam w „Super Expressie” to tak. Rysowałam m.in. Lecha Wałęsę. Teraz tylko czasem, jak coś mnie bardzo wkurzy, to coś narysuję. Choć ogólnie, takiego bieżącego komentarza rysunkowego do sytuacji politycznej w kraju czy na świecie to nie praktykuję.

P.K. Za swoje rysunki otrzymałaś wiele nagród i wyróżnień. Czy którąś z nich zapamiętałaś jakoś szczególnie?

M.L. Myślę, że to był pierwszy złoty medal jaki otrzymałam na Satyrykonie w 1999 roku. To było o tyle szczególne wydarzenie, że ja w zasadzie wróciłam wtedy znów na poważnie do twórczości. W momencie, w którym urodziły się moje dzieci, przerwałam pracę na prawie dziesięć tak. Prawie nic wtedy nie robiłam plastycznie, ponieważ bałam się, że któreś z nich zje na przykład farbę olejną, albo wybije sobie oko pędzlem. I minęło dziesięć lat… Miałam już takie poczucie, że niepotrzebnie kończyłam te studia artystyczne, a wcześniej liceum, bo i tak nie mam jak zajmować się sztuką. I po tych wielu latach po prostu obudziła się we mnie jakaś silna potrzeba powrotu do twórczości. Nie pamiętam dokładnie, jak trafiłam na ogłoszenie o tym, że jest taki konkurs, który nazywa się Satyrykon. W ogłoszeniu była informacja, że trzeba wysłać prace na zadany przez organizatorów temat. Pomyślałam wtedy, że przygotuję coś i wyślę. Do tego zgłoszenia trzeba było wypełnić jeszcze ankietę o sobie i swoich dokonaniach. Więc ja tak bardzo lakonicznie napisałam, że rysuję, maluję i dałam zdjęcie jeszcze ze studiów. Pomyślałam, że nie dam aktualnego, bo pomyślą, że taka stara, a niewiele do tej pory zrobiła. Podałam tylko adres, nie podawałam numeru telefonu, bo bałam się, że jak zadzwonią to mnie zatka i nic nie powiem. Po jakimś czasie dostałam telegram, otworzyłam a tam tekst w stylu: Gratulujemy, otrzymała Pani złoty medal, zapraszamy na galę wręczenia nagród. Nie mogłam w to uwierzyć, rozryczałam się oczywiście i zadzwoniłam do męża, żebym mu o tym powiedzieć. Nawijam mu do słuchawki, że dostałam medal, że taka jestem szczęśliwa, a po drugiej stronie cisza… I nagle Maks mówi – tu cytat – „Ty, a może ktoś Ci żart zrobił?”. Oczywiście nie był to żart, tylko faktycznie dostałam ten medal za pracę przedstawiającą kondukt żałobny, na którym jedna kobieta kroczy zaraz za trumną pod czerwonym parasolem w białe grochy. Pamiętam, że w jury był m.in. pan Rafał Olbiński. Wtedy na gali poznałam też Elę Pietraszko, której na początku trochę się bałam, bo była bardzo zasadnicza, ale później mi to bardzo szybko przeszło. Ten sukces na Satyrykonie w 1999 roku był dla mnie takim wielkim kopem. Dostałam wtedy takiej energii, że niemal każdego dnia wymyślałam i robiłam rysunki. W sumie na Satyrykonie byłam nagradzana trzynaście razy.

P.K. To wiemy już skąd karykatura i rysunek, ale w swej twórczości zajmujesz się także malarstwem. Ostatnio głównie tej dziedzinie poświęcasz najwięcej uwagi. Skąd w takim razie zainteresowanie malarstwem?

M.L.  Po ukończeniu podstawówki musiałam wybrać jakąś szkołę średnią, wybór padł na liceum plastyczne, bo ja przecież chciałam ilustrować książki. Ilustracja książkowa w tym czasie była jedyną sztuką z jaką miałam wtedy ciągły i bezpośredni kontakt. Zanim opowiem jak to było z malarstwem i moim liceum plastycznym, to chciałabym najpierw przywołać jedną historię… Mieszkaliśmy w kamienicy, w której nad nami mieszkała jedna pani. Była konkubentką jednego lokatora tejże kamienicy. Ta pani wyszła z więzienia po odsiadce wyroku za oblanie swego niewiernego narzeczonego kwasem solnym. I podarowała mojej mamie obraz, który wykonała w więzieniu, przedstawiający statek na wzburzonym morzu. Ten obraz bardzo mi się podobał, siadywałam przed nim i wpatrywałam się w ten statek unoszący się na wzburzonych falach… Także to taka historia. Jak wspomniałam chciałam po szkole podstawowej iść do liceum plastycznego. W mojej okolicy były dwa licea plastyczne jedno w Częstochowie i drugie w Katowicach. Do obu, żeby zostać zakwalifikowanym na egzamin wstępny, trzeba było najpierw złożyć teczkę z rysunkami. Złożyłam i zostałam zakwalifikowana i tu i tu. Ostatecznie wybrałam Częstochowę. Uczyłam się na kierunku ceramika, ale jakoś nie szczególnie mnie to interesowało. Mnie pociągał już wtedy rysunek i malarstwo, którego mogłam się tam uczyć. 

Uwielbiałam to liceum, moich kolegów i koleżanki. Uczyłam się tam w latach 1975-1980 i lekcje opuszczałam tylko wtedy, kiedy szliśmy z klasą na wagary… Był to naprawdę szczególny okres w moim życiu, który mnie też w jakiś sposób ukształtował. A wracając do malarstwa to najbardziej lubię malować na podłożu papierowym, choć oczywiście mam też obrazy na płótnie czy płytach, ale na papierze czuję się najbardziej swobodna. Ale! malowałam nie tylko na papierze i na płótnie… Mam też na swoim koncie malarstwo ścienne. Tę realizację można do dzisiaj oglądać w neogotyckim kościele w Porębie koło Zawiercia.

P.K. Wiemy już o początkach Twojego zainteresowania karykaturą i malarstwem. Jednak początki Twojej działalności artystycznej i wejście na rynek sztuki, można powiedzieć, że z „przytupem” – doprecyzuję, że tuż po ukończeniu studiów – związane są z projektowaniem ubioru. Jak to się stało, że się nim zainteresowałaś?

M.L. Rzeczywiście mam za sobą epizod z projektowaniem ubioru, który okazał się nie tylko ciekawą, ale i dość dochodową przygodą. A było to tak… Po skończeniu studiów i obronie dyplomu od miasta Zawiercie, za dobre wyniki w nauce i za dyplom, dostałam pracownie w jedenastopiętrowym bloku. Na tym ostatnim piętrze były zazwyczaj jakieś pralnie, suszarnie i inne pomieszczenia gospodarcze. W jednym z takich budynków miasto zdecydowało się urządzić pracownie dla artystów. I ja, właśnie jedną z tych pracowni otrzymałam. Niedługo wcześniej wzięłam ślub. Byliśmy z Maksymilianem młodym małżeństwem startującym dopiero w dorosłe życie, więc zdecydowaliśmy się zamieszkać w tej pracowni. Wtedy pracowałam jako nauczyciel malarstwa w Liceum Plastycznym w Dąbrowie Górniczej, gdzie zostałam zatrudniona jeszcze na piątym roku studiów. Pracowałam w tej szkole, ale od strony logistycznej dojazdy było trochę kłopotliwe. Dojazd z Zawiercia do Dąbrowy zajmował mi 30 minut, do tego trzeba było kawałek do szkoły dojść i tak codziennie... Wtedy właśnie wpadłam na pomysł, aby coś zmienić i wymyśliłam szycie jedwabnych sukienek. To była końcówka lat 80. i czas niedoborów, więc panie nie miały w co się ubierać. Moje sukienki były dość oryginalne i różniły się od tych, które wtedy szyto. Były geometryczne, takie jakby kwadratowe. Szyłam je z jedwabnych apaszek i je malowałam. Po uszyciu jakiejś większej liczby, postanowiliśmy pojechać z mężem z „drzewem do lasu", czyli do… Łodzi. W galerii na ulicy Piotrkowskiej, zaprezentowaliśmy nasz towar i Pan, który przyjmował od nas te sukienki, powiedział, że on czegoś takiego jeszcze nie widział, ale że mogą towar wziąć. Wtedy pomyślałam, że skoro nie widział to, że one są źle uszyte. Przecież byłam, jeśli chodzi o modę naturszczykiem, nie szyłam profesjonalnie tak, jak szyto w tym czasie chociażby w Łodzi, gdzie działały specjalne szkoły projektowania ubioru. Także sukienki zostały zabrane i powieszone w galerii. Pod wieczór wracaliśmy z Łodzi i przechodząc obok galerii weszliśmy zapytać czy było jakieś zainteresowanie naszymi produktami. Wyobraź sobie, że one wszystkie zostały sprzedane! I tak to się zaczęło kręcić. Szyłam ich coraz więcej i one się dobrze sprzedawały nie tylko w Łodzi. Zawoziliśmy je do różnych miejsc, chociażby do Bielska-Białej, Katowic, do Hase do Warszawy. Nie do końca wierzyłam w to co się dzieje, myślałam, że to jakiś sen. Ale szyłam dalej a Maksymilian zajmował się dystrybucją. I jak już trochę ze sprzedaży tych sukienek się uzbierało, to pomyśleliśmy, że trzeba byłoby na coś te pieniądze przeznaczyć. Zdecydowaliśmy, że przeznaczymy je na zakup domu ze Stolbudu, czyli domu drewnianego składanego z elementów. Trafiliśmy tam na moment wyprzedawania tego co mieli i kupiliśmy największy dom jaki był w ofercie - 220 metrów kwadratowych. Zamieszkaliśmy w nim po niecałym roku od zakupu. Mieszkaliśmy w nim przez 15 lat. Później, gdy dzieci dorosły i chciały iść do szkoły i na studia do Katowic, zdecydowaliśmy się na przeprowadzkę. Tak w wielkim skrócie wyglądała moja przygoda z projektowaniem ubioru.

P.K. I po tej przeprowadzce do Katowic zaczęła się Twoja kolejna przygoda, tym razem związana z prowadzeniem restauracji.

M.L. Po wyprowadzce z Zawiercia zamieszkaliśmy w dużym domu rodzinnym mojego męża. Na piętrze było nasze mieszkanie, a na parterze postanowiłam, że otworzę restaurację. Rzuciłam się na głęboką wodę… Moja restauracja nazywała się „Zielona gęś”, a jej specjalnością były oczywiście dania z gęsi. Ja to wymyśliłam wszystko teoretycznie, a później trzeba było poszukać kogoś, kto te dania będzie przygotowywał i to nie było łatwe zadanie. Tak zresztą jak prowadzenie restauracji. To była praca wymagająca absolutnego poświęcenia i zaangażowania przez siedem dni w tygodniu. W tym czasie ja kradłam czas na twórczość. Pracowałam w nocy, żeby coś narysować czy namalować, żeby nie wypaść z obiegu. I tak nieco z niego wypadłam, bo byłam tak bardzo zaangażowania w prowadzenie restauracji. Po jakimś czasie intensywność pracy i poświęcenie mnie zmęczyło. Wtedy z pomocą przyszła mi chyba Opatrzność, bo rozpoczął się remont drogi, przy której stoi nasz dom. Wiadomo, że nikt nie będzie chciał przyjeżdżać do miejsca znajdującego się na terenie budowy i tak rzeczywiście było. W naszej restauracji pojawiało się coraz mniej osób i wtedy zdecydowaliśmy, żeby zamknąć ten interes. Po zamknięciu „Zielonej gęsi” rzuciłam się z wielkim impetem do twórczości. Wróciłam do pracowni, gdzie dniami i nocami malowałam, czułam się wtedy naprawdę szczęśliwa, bo wróciłam do czegoś co sprawia mi przyjemność i za czym tęskniłam.

P.K. A gdybyś miała powiedzieć kim się czujesz rysowniczką, graficzką, malarką, to którą odpowiedź byś wybrała?

M.L. Przede wszystkim czuję się Małgosią [śmiech]. Ale musze Ci powiedzieć, że ja mam sobie do zarzucenia bardzo wiele, bo jestem bardzo krytyczna wobec siebie, a do tego mam za szeroko otwartą paszczę, za bardzo wszystko chciałabym zjeść... I tak, chciałam być wybitną malarką, chciałam być wybitną rysowniczka… ja chciałabym być wszystkim. A najbardziej – i to najbardziej nierealne, bo nie mam głosu – wokalistką rockową. Także nie jestem w stanie wskazać jednej dziedziny. Chyba najlepiej określa mnie to, że czuję się plastyczką… Bo ze mną to jest trochę tak, że w zasadzie sporo zależy od nastroju. Teraz właściwie już prawie zupełnie porzuciłam robienie rysunków satyrycznych, jakoś mi to przeszło. Lubię robić rzeczy po coś. Jeżeli ktoś czegoś ode mnie oczekuje, to wtedy ja w dwójnasób staram się to zrealizować. Na przykład jak rysowałam do „Twojego Stylu” to zawsze starałam się zrobić tych ilustracji więcej, żeby było z czego wybierać. Także w życiu to jest tak, że wszystko się co jakiś czas zmienia. I u mnie minął czas robienia rysunków satyrycznych, czas projektowania sukienek i prowadzenia restauracji… Teraz skupiam się głównie na malowaniu obrazów.

P.K. A masz jakąś ulubioną porę dnia, w której szczególnie lubisz pracować?

M.L. Odpowiem trochę wymijająco. Generalnie ja nie jestem leniem. Jak zaczynam pracować, to pracuję do zatracenia, od świtu do nocy, do omdlenia wręcz. A jak nie pracuję, to nie pracuję.

P.K. Poza wystawami prezentujesz rysunki i obrazy na swoich profilach w mediach społecznościowych. Dzięki temu docierają one do znacznie większej liczy odbiorców na całym świecie. Jak oceniasz tego typu media do promocji własnej sztuki?

M.L. Zaraz Ci wszystko opowiem i sam ocenisz, jak to działa w moim przypadku. Któregoś roku moja córka założyła mi Facebook. Nie wiedziałam co to jest, ale ona mi pokazała, jak to obsługiwać i powiedziała, że każdego dnia mam robić zdjęcie jednej pracy i mam je publikować. Dodała, że jak będzie łapka z kciukiem w górę to znaczy, że się podoba i niczym więcej mam się nie interesować. I pewnego razu napisał do mnie jeden pan z Kolumbii, który nazywał się Juan Rodrigo Piedrahita Escobar, że bardzo podobają mu się moje prace. Ja mu odpisałam, że bardzo mi miło i dziękuję. Po jakimś dłuższym czasie Rodrigo wysłał mi zdjęcie jakiejś gazety ze swoimi zdjęciami i tekstem po hiszpańsku. Nie wiedziałam co tam jest napisane więc bezpiecznie dałam łapkę w górę. Za jakiś czas znów wysłał mi zdjęcie tej gazety i napisał wiadomość „Małgorzata przeczytaj co tam jest napisane”. Pojechałem więc do mojej córki, która zna hiszpański i okazało się, że Rodrigo jest znanym artystą kolumbijskim, a ten tekst, który mi przesłał był wywiadem z nim, w którym na pytanie dziennikarki kto go inspiruje ze współczesnych artystów odpowiedział, że Pablo Picasso i Małgorzata Lazarek. Wtedy zrozumiałam, co on mi przesłał i odpisałam mu, że czuję się zaszczycona. Za jakiś czas znów się odezwał i napisał, że chciałby żebym miała z nim wystawę w Kolumbii. Co prawda nie pojechałam tam, ale wysłałam mu prace i rzeczywiście mieliśmy wspólną wystawę.

Jakoś niedługo wcześniej napisała do mnie pani z Gruzji, która zaproponowała mi wystawę na Uniwersytecie w Tbilisi. Tam pojechałam z mężem i moim kolegą z uczelni Tomkiem, z którym ostatecznie razem mieliśmy tam wystawę. A jeszcze było lepiej! Napisała do mnie raz jedna pani z Kanady, że bardzo podoba jej się mój obraz i chciałaby go kupić. Ja odpowiedziałem, że oczywiście jest dostępny i mogę go sprzedać. Na co ona odpisała, że ona chciałaby kupić zdjęcie tego obrazu, bo jest wokalistką i chce, aby ten obraz znalazł się na okładce jej nowej płyty. Oczywiście się zgodziłam! Także w 2013 roku płyta Sylvie Paquette, bo tak nazywa się ta wokalistka, ukazała się z moim obrazem na okładce. Kolejna historia… Napisał raz do mnie pan z Mediolanu, że bardzo podobają mu się moje prace i czy chciałabym mieć we Włoszech wystawę. Odpisałam, że bardzo bym chciała. Ale niestety coś mi się pokręciło z datami i wysłałam te prace jakoś tak, że nie doszły na czas. Facet mi wybaczył i ostatecznie prace były pokazywane w Mediolanie. Nawet kilka z nich udało się temu panu sprzedać. Napisał do mnie też, że moje rysunki bardzo spodobały się jego przyjacielowi, który jest japońskim fotografikiem. Przekazał do mnie namiary i ten Japończyk napisał do mnie, że kiedyś odwiedzi mnie w moim studio. Oczywiście go zaprosiłam, choć oczywiście nie wierzyłam, że przyjedzie. I jest październik i przysyła do mnie od niego wiadomość, w której pisze „jutro jestem w Katowicach”. Wtedy się przeraziłam jak ja się z tym człowiekiem dogadam. Szczęśliwie mojego brata córka, która skończyła japonistykę, była w Bielsku więc zaprosiłam ją, żeby tłumaczyła. To było bardzo miłe spotkanie, oni byli zaskoczeni, że załatwiłam tłumacza specjalnie na tę okazję. Ugościłam ich w mojej restauracji, bo jeszcze wtedy ją prowadziłam. Także sam widzisz, dla mnie FB to takie okno na świat. 

P.K. Na zakończenie chciałbym zadać Ci jeszcze jedno pytanie, które zadałem także innym rysowniczkom. Jak czułaś się jako jedna z niewielu kobiet w tym zdominowanym przez mężczyzn środowisku karykaturzystów?

M.L. Czułam się wspaniale. Bardzo mi się to podobało, że jestem jedną z niewielu kobiet zajmujących się rysunkiem satyrycznym. Koledzy rysownicy nigdy mi nie dawali odczuć, że jestem w jakiejś mniejszości.

Rozmowa z dn. 1 czerwca 2025 (Katowice)