Przejdź do głównej treści

Rozmowa z Małgorzatą Młodnicką

Piotr Kułak: Pochodzi Pani z rodziny o tradycjach artystycznych. Pani rodzice byli utalentowanymi aktorami teatralnymi, Pani starsza siostra była aktorką filmową i teatralną. Pani natomiast wybrała nieco inną ścieżkę i zdecydowała się na ukończenie wyższych studiów w zakresie sztuk plastycznych. Czy ktoś w Pani rodzinie przed Panią obrał wcześniej tę samą drogę?

Małgorzata Młodnicka: Może zacznę od tego, że urodziłam się we Lwowie, choć moi rodzice poznali się w Częstochowie w czasie okupacji i tam urodziła się moja siostra Iwa. Później wszyscy wyjechali do Lwowa, bo mój ojciec stamtąd pochodził. Ja już urodziłam się właśnie tam. Moją mamą była Irena Tomaszewska, wspaniała aktorka teatralna, która przed wojną występowała na scenie Teatru Polskiego w Wilnie, Teatru Kameralnego w Częstochowie, Teatru Miejskiego we Lwowie oraz uczestniczyła w objazdowych przedstawieniach eksperymentalnego teatru Reduty. Jeszcze przed oficjalnym zakończeniem wojny występowała w Polskim Teatrze Dramatycznym we Lwowie. Później wyrzucono nas ze Lwowa i zamieszkałyśmy z mamą i siostrą w Katowicach. Ojciec jeszcze przez rok został we Lwowie, ale później i on wyjechał, ale nie dołączył do nas… po prostu jak to się mówi zwiał. W Katowicach mama związała się z Teatrem Śląskim im. S. Wyspiańskiego, gdzie występowała aż do swej śmierci. Wracając do ojca, to był nim Artur Młodnicki, także aktor, związany z wieloma teatrami, chociażby w Krakowie, Lwowie, Warszawie, Częstochowie, Poznaniu, Łodzi i od początku lat 50. do śmierci z Teatrem Polskim we Wrocławiu. Ojciec we Wrocławiu był prawdziwą gwiazdą, ma nawet ulicę noszącą jego imię. Moją siostra Iwa też była aktorką, ukończyła PWST w Warszawie i występowała na wielu stołecznych scenach, m.in. Teatru Klasycznego i Studio (po zmianie nazwy), Teatru Rozmaitości czy Teatru Polskiego. Niestety zmarła mając zaledwie 56 lat.

Idźmy jednak dalej… Moją prababką była pisarka Wanda Monné, która była narzeczoną Artura Grottgera. Nie zdążyła go jednak poślubić, bo zmarł z powodu gruźlicy podczas pobytu we Francji. Wyszła natomiast za mąż za jego przyjaciela, a mojego pradziadka, Karola Młodnickiego. I tutaj zbliżam się do odpowiedzi na Pana pytanie, bo to właśnie pradziadek Karol jako pierwszy, o którym wiem, zajmował się sztuką. Był malarzem i studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Monachium. Po powrocie do kraju osiadł we Lwowie i działał w tamtejszym środowisku artystycznym zajmując się głównie malarstwem portretowym i rodzajowym. Do tego uczył rysunku w gimnazjach lwowskich i współpracował jako rysownik z kilkoma czasopismami [„Kłosami” i „Tygodnikiem Ilustrowanym”, P.K]. Po ślubie z Wandą zajmował się także spuścizną po Grottgerze i gromadzeniem pamiątek po nim. Synem Wandy i Karola był Adam, mój dziadek, a ich córką Maryla, po mężu Wolska, poetka. Jeden z trzech synów Maryli Ludwik Wolski był poetą, jedna z córek Aniela Pawlikowska (zwana Lelą) była malarką i ilustratorką, a druga Beata Obertyńska poetką i pisarką. W młodszych pokoleniach, wywodzących się od dzieci Maryli, także są osoby, które związały swe życie z aktorstwem.

P.K. Aktorzy, pisarze, poeci, malarze – to prawdziwie artystyczna rodzina! To w takim razie skąd u Pani wzięło się zainteresowanie sztuką? Sądzi Pani, że być może to jakieś geny po pradziadku?

M.M. Ja się chyba taka urodziłam… Ale może faktycznie to też jakieś geny.

P.K. Talent z pewnością musiała Pani mieć, ponieważ jest Pani absolwentką Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. A czy wcześniej uczęszczała Pani do jakiejś szkoły plastycznej czy dopiero na studiach mogła Pani szlifować swoje umiejętności w zakresie sztuk plastycznych?

M.M. Och! Gdzież ja do szkół nie chodziłam! I do ilu! Przyznam się Panu, że ja byłam tak zwaną trudną nastolatką. Na początku to nie była moja wina… Najpierw zabrano mi moją nianię Wisię, którą kochałam bez pamięci… Przyłożyła się do tego moja babcia. Potem chodziłam do takiej fajnej reakcyjnej podstawówki numer 10 w Katowicach, w której nie czuło się tego komunizmu – proszę pamiętać, to był początek lat 50. czasy makabryczne, jeśli chodzi o indoktrynację. Dyrektorka była ze Lwowa, jakieś nauczycielki były ze Lwowa i stąd brała się ta reakcja. Nie pamiętam, jak to dokładnie było, ale chyba moja babcia wymyśliła, żeby mnie i moją starszą o dwa lata siostrę przenieść do szkoły, która mieściła się na ul. 3 Maja w Katowicach. Po prostu to było chyba jakoś bliżej domu, po tej samej stronie ulicy, więc miało to wszystkim ułatwić życie. A to była szkoła komunistyczna. Przychodziło się do niej w czerwonych chustach i w berecie. Każdego ranka był apel, na którym syn dyrektora grał na trąbce. Nie miało się nazwiska tylko numer. Ja byłam siedemnaście. Ta szkoła była okropna. Uczyłam się tam przez rok i po tym czasie kazano nas stamtąd zabrać. Nie wiem jakie były kulisy, ale z tego co do mnie dochodziło wynikało, że to nie jest szkoła dla mnie i mojej siostry, bo jest to szkoła przeznaczona dla dzieci robotników i chłopów. Ale jacy w tych Katowicach chłopi?! I nas zabrano. Problemem było nasze pochodzenie. Na dodatek miałyśmy podwójne nazwisko Korwin de Młodnicka. Następnie wylądowałam w szkole z pensjonatem w Rybniku u Urszulanek. Tam byłam przez dwa lata i nawet było fajnie, bo miałam tam koleżanki. I jakoś w okolicach siódmej klasy zabrano mnie stamtąd i przeniesiono do Katowic do szkoły im. Marii Konopnickiej, która miała i podstawówkę i liceum. I to była tragedia, bo w tej szkole w Rybniku niby miałam dobre świadectwo, ale… nic nie potrafiłam... zwłaszcza język rosyjski był u mnie tragiczny. To wynikało z tego, że tamtejsza nauczycielka, która miała nas uczyć rosyjskiego, w ramach protestu wstawiała nam dobre oceny nie ucząc nas języka.... I wylądowałam w tej Konopnickiej, gdzie już od dwóch lat dzieci po rosyjsku czytały i znały dobrze bukwy… a ja nic. Myślałam wtedy, że skonam. Pisałam sobie fonetycznie ołówkiem, żeby jakoś czytać ten rosyjski, i udało mi się skończyć siódmą klasę - i tym samym podstawówkę. Następnie osobiście zdecydowałam, że idę do szkoły plastycznej w Katowicach. Zdałam egzamin bez większego problemu i się dostałam. Było słodko i cudnie do momentu, kiedy w drugiej klasie zmieniono nam nauczyciela języka polskiego. Szkołą przylegającą do plastyka było męskie liceum im. Mikołaja Kopernika, gdzie dyrektorem był Kazimierz Raczek. Trochę zarobiłam na nim kasy, bo rysowałam jego karykatury i sprzedawałam je - co prawda za małe pieniądze, aliści zawsze to było coś! Raczek nie tolerował młodzieży pochodzącej ze wschodu, a już nie daj Boże z jakimiś nazwiskiem „niewłaściwym”. Do tego faworyzował Ślązaków. I…, to było jakoś na początku maja, przerabialiśmy wtedy Sielanki Szymonowica. Pamiętam ten moment, kiedy wszedł do klasy i rozpoczął lekcję i mówiąc: „W naszej klasie typowym przykładem hołoty szlacheckiej w Sielankach Szymonowica jest Młodnicka”. Jak słowo daję, nie przesadzam! Ja zamiast to łyknąć, podeszłam do tablicy, narysowałam tarczę i na tym się skończyło, bo wyleciałam za drzwi. Dostałam dwóję z zachowania, która oczywiście miała być już oceną na koniec roku i dwóję z języka polskiego. Miałam gwarancję, że będę siedzieć w tej samej klasie. Postanowiłam więc zafundować sobie dwóje ze wszystkiego… W konsekwencji znów trzeba było zmienić szkołę. Poszłam do liceum, gdzie dyrektorem był Tadeusz Pikiewicz, który z kolei mnie uwielbiał. Nie szło mi niestety dobrze… z chemii noga, z fizyki do kitu, humanistyczne przedmioty szły mi ok. Jak trafiłam do tej szkoły to trwały przygotowania do obchodów Milenium (1960). W związku z obchodami dyrektor w piwnicach szkoły urządził dla mnie pracownię, w której przygotowywałam dekoracje, oczywiście zarywając lekcje… ale z jego błogosławieństwem.  W tej szkole najgorsze przejścia miałam chyba z chemią, bo nauczycielka prowadząca ten przedmiot była, że tak to ujmę mało atrakcyjna, i nie mogła mnie znieść... bo ja byłam laska! Do tego byłam niepokorna, nie nosiłam żadnych fartuchów, chodziłam w cajgowych spodniach, ostrzygłam się na krótko (w Krakowie, gdzie pojechałam na wagary), tak jak bohaterka filmu Witaj smutku. Makijaż też nie był mi obcy…

Tak teraz myślę, że ja bym chyba zwariowała mając taką córkę… Ale ojciec w tym czasie nie bardzo się mną interesował, a mama była aktorką na 200 %. Niewiele było w niej mamy, gospodyni domowej czy pani domu. Dla niej liczył się teatr. Na teatrze się wszystko zaczynało i kończyło. Jak Pan może się łatwo domyślić, znów dość szybko zakończyłam edukację w tej szkole. Następnie wysłano mnie do Wałbrzycha do Niepokalanek, żeby mnie w końcu ktoś zmusił do subordynacji i nauki. Zwiałam stamtąd po niecałych 24 godzinach i przyjechałam do Wrocławia do ojca, a następnego dnia wróciłam do Katowic. Wszystko to miało miejsce tuż przed wakacjami, więc już następnej szkoły nie szukałam...

W wakacje natomiast postanowiłam odwiedzić moją siostrę. Iwa była już wtedy na studiach teatralnych w Warszawie. Wzięła też ślub z Waldemarem Kazaneckim, kompozytorem i pianistą, autorem muzyki filmowej m.in. do filmu Noce i dnie i serialu Czarne chmury. Któregoś dnia, będąc u nich w Warszawie, wybrałam się z Waldkiem do Studia Miniatur Filmowych na ul. Puławskiej, ponieważ on miał tam jakąś sprawę do załatwienia. Przyjechaliśmy na miejsce, Waldek poszedł załatwiać interesy, a mnie posadzili w jakimś pokoju. Wtedy Witek Giersz, reżyser filmów animowanych, dał mi pulpit żebym sobie coś porysowała. Jak oni zobaczyli co i jak narysowałam, to zdecydowali, że dadzą mi pracę! Przypominam, że miałam zrobioną ósmą klasę, a dziewiątą nie ukończoną z przyczyn, o których mówiłam wcześniej. W kwietniu skończyłam 18 lat, a w lipcu dostałam propozycję pracy, którą zaczęłam od września. Wynajęłam sobie pokój na ul. Wiktorskiej i zaczęłam pracę w Studiu Miniatur Filmowych. Równolegle pracowałam przez miesiąc, a może dwa, jako modelka w Modzie Polskiej. Niestety nie dało się tych obowiązków pogodzić i ostatecznie wybrałam Studio.

P.K. A jak to się stało, że postanowiła Pani spróbować sił w zawodzie modelki?

M.M. Zdecydował o tym zupełny przypadek. Siedziałam raz z Waldkiem Kazaneckim na kawie w Szwajcarskiej na rogu ul. Szpitalnej i Zgoda, w pewnym momencie podszedł do mnie młody chłopak i zostawił kartkę. Był to, jak się później okazało Jerzy Antkowiak, asystent Jadwigi Grabowskiej. Zaprosił mnie do siedziby Mody Polskiej na ul. Widok. Tak jak wspomniałam, pracowałam już wtedy w Studio i musiałam wybrać. Także odeszłam stamtąd bardzo szybko. Jedna rzecz była w tej pracy fajna… to, co nosiło się na pokazach można było sobie kupić nieco taniej.

P.K. Wróćmy jeszcze na chwilę do Pani współpracy ze Studio Miniatur, czym Pani się zajmowała w tej pracy? 

M.M. Pracowałam tam przez parę lat jako animator. To też była trochę droga przez mękę, bo jak się coś narysowało, to zawsze trzeba było iść z tym do reżysera, który sprawdzał i albo akceptował albo zgłaszał poprawki. W tym samym czasie w szkole im. Żmichowskiej na ul. Klonowej zdałam maturę – w liceum dla pracujących, wieczorową porą. Na zakończenie szkoły, przy rozdaniu świadectw, dyrektor wręczył mi nawet kwiaty, bo jako jedyna wybierałam się na studia. Złożyłam już wtedy papiery do Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych we Wrocławiu.

P.K. A nie myślała Pani będąc już w Warszawie o tym, aby studiować na Akademii Sztuk Pięknych?

M.M. Myślałam i bardzo chciałam iść na ASP. Ja miałam wtedy chłopca - moją wielką miłość… ale złamał mi serce doszczętnie. Wspominałam wcześniej, że mieszkałam przy ul. Wiktorskiej i ja z tamtego mieszkania przeprowadziłam się na Nowolipki i zamieszkałam z moją niedoszłą teściową i Andrzejem. Mój chłopak po prostu czmychnął jakoś w 1965 roku za granicę. Początkowo przyjeżdżał do Warszawy, ja też będąc już na studiach jeździłam czasem do niego. Trwało to jakoś do początku lat 70. W konsekwencji złożyłam papiery we Wrocławiu, bo nie bardzo już miałam po co zostać w Warszawie.  

P.K. Czyli cała ta sytuacja sprawiła, że nawet praca w Studio Miniatur Filmowych nie była Pani w stanie zatrzymać w Warszawie?

M.M. Niestety… Całkiem niedawno dopiero sobie uświadomiłam, że gdybym została w Studio i nie zachciałoby mi się robić matury i studiów – nie powiem… fajnie mi się studiowało – to miałabym dzisiaj całkiem zacną emeryturę. Ale wróćmy do studiów, które rozpoczęłam w 1966 roku w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu. Na uczelnię dostałam się bez problemu za pierwszym podejściem i to bez żadnej protekcji! Zdałam dobrze egzaminy wstępne i mnie przyjęto. Początkowo studiowałam rzeźbę u prof. Jerzego Boronia, ale jakoś było to dla mnie za ciężkie i przeniosłam się na ceramikę. Byłam też w pracowni malarstwa prof. Zbigniewa Karpińskiego.

Przyznać natomiast muszę, że początkowo bardzo źle czułam się we Wrocławiu. Miałam wrażenie, że wyrwano mnie z korzeniami z tych Nowolipek. Przez jakiś czas nosiłam się nawet z zamiarem przeniesienia na Akademię do Warszawy, ale w momencie gdy dowiedziałem się na jakich warunkach miałoby się to odbywać, zrezygnowałam z tego pomysłu. Oczywiście istniała możliwość przeniesienia się na ASP, tyle tylko, że dla mnie oznaczało to powtórkę pierwszego roku. Taki był ich wymóg. Niestety, w moim przypadku to rozwiązanie było zupełnie nietrafione, bo w związku z moimi perturbacjami w szkołach, jak zdawałam maturę miałam „już” 23 lata. Dlatego postanowiłam zostać we Wrocławiu i tam ukończyć studia. Z czasem wrosłam w to miasto.

P.K. To skąd w takim razie, wzięło się u Pani zainteresowanie karykaturą? Dodam, że jest Pani wyjątkową artystką w moim zestawieniu, ponieważ jako jedna z niewielu twórczyń zajmuje się Pani głównie karykaturą portretową, choć oczywiście nie tylko.

M.M. Nie wiem, chyba nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Po prostu tak miałam. Już w szkole, jak wspomniałam, rysowałam karykatury, m.in. dyrektora Raczka. Może to wzięło się z tego, że potrafiłam dostrzegać w ludziach ich cechy charakterystyczne i przedstawiać je na rysunku? Naprawdę nie wiem... Wiem natomiast, że z tych umiejętności lubiłam korzystać. Chociażby wtedy, kiedy w latach 90. robiłam całą kampanię wyborczą Bohdana Zdrojewskiego, który ubiegał się o fotel prezydenta Wrocławia. To on wpadł na ten pomysł. Robiłam mu najrozmaitsze karykatury, które później rozdawano mieszkańcom w formie ulotek. Były to rysunki z życia codziennego. W 1997 roku, jak Zdrojewski był już prezydentem, zrobiłam cały cykl pt. Obrona Wrocławia przed Odrą, ukazujący jego zaangażowanie w walce z powodzią.

P.K. A z jakimi czasopismami Pani współpracowała?

M.M. Rysowałam do dolnośląskiego tygodnika „Wiadomości”, do dziennika „Słowo Polskie”, współpracowałam też z „Super Expressem” i „Wieczorem Wrocławia”. Dodam, że poza prasą rysowałam jeszcze na żywo. Przez jedenaście lat wyjeżdżałam z trupą teatralną, w której występował m.in. Boguś Danielewski, Krystyna Tyburowska, Janeczka Siciarz, pianista Jędrek Janusz. To były koncerty, podczas których rysowałam. Przed koncertem zazwyczaj ogłaszany był konkurs i wszystkich, którzy zwyciężyli musiałam rysować do końca trwania przedstawienia. Finałem była prezentacja moich prac. 

P.K. Jednak poza karykaturą i rysunkiem uprawia Pani także malarstwo, skąd w takim razie zainteresowanie tą dziedziną? I od razu drugie pytanie kim Pani się czuje bardziej rysowniczką-karykaturzystką czy malarką?

M.M. Zacznę od drugiej części pytania - zdecydowanie rysowniczką i karykaturzystką. A skąd u mnie wzięło się malarstwo? Z malarstwem to było tak, że na uczelni wszyscy musieliśmy swoje „odmalować”, więc malować nauczyłam się oczywiście na studiach. Nieco bardziej związałam się z tą dziedziną jakoś w okolicach stanu wojennego, kiedy już nie mogłam jeździć na koncerty z trupą teatralną. Znalazłam się wtedy w sytuacji, że utraciłam moje główne źródło dochodu. Rysowanie do prasy to niestety były grosze… Oczywiście rysowałam, bo bardzo to lubiłam, ale ciężko było się z tego utrzymać. Pewnego razu moja koleżanka przyniosła mi farby akrylowe, które jej nie były już potrzebne. Ja te farby poobserwowałam powyciskałam i stwierdziłam, że namaluje obraz. Wyszedł całkiem dobrze więc pomyślałam, że zaniosę go do galerii, która znajdowała się przy operze we Wrocławiu. Szłam z nastawianiem, że na pewno tego nikt nie kupi. Po jakimś czasie poszłam sprawdzić do galerii, co z tym moim obrazem się dzieje. Okazało się, że nie tylko się sprzedał, ale utworzyła się kolejka po następne! Więc ostro wzięłam się za malowanie, żeby utrzymać siebie i moje dziecko. Moje małżeństwo rozpadło się zanim się na dobre zaczęło, także musiałam brać los mój i mojego syna we własne ręce. Nadszedł kryzys, w sklepach nie było nic, tylko obrazy wisiały w galeriach do kupienia. Ludzie mieli w portfelach dewaluujące się pieniądze, które z dnia na dzień traciły wartość, więc kupowali to, co było. Ja na tym skorzystałam, bo w ciągu paru miesięcy kupiłam sobie małego fiata za to, co udało mi się namalować i sprzedać.

P.K. Swe prace poza prasą i występami na żywo prezentowała Pani także na wielu wystawach, m.in. na legnickim Satyrykonie. Brała Pani udział w pierwszych prezentacjach Satyrykonu i zdobyła Pani na nich nagrody. Co istotne pokazywała Pani wtedy poza rysunkami także karykatury w formie miniatur rzeźbiarskich.

M.M. Czas, kiedy brałam udział w Satyrykonie, wspominam do dzisiaj bardzo miło. To była impreza, która kiedyś trwała tydzień. Uwielbiałam te spotkania i to towarzystwo. Poznałam tam Antka Chodorowskiego, Edwarda Lutczyna, Roberta Szecówkę i wielu innych rysowników. Rzeczywiście otrzymałam tam chyba trzy razy nagrodę i pokazywałam tam miniatury rzeźbiarskie, przedstawiające m.in. Chodorowskiego, Szecówkę i Lutczyna. Raz zrobiłam figurkę przedstawiającą Czerwonego Kapturka, była to karykatura Breżniewa. Dzisiaj można ją zobaczyć tylko w katalogu Satyrykonu z 1981 roku, bo ktoś ukradł tę pracę z wystawy. Podobno była tam w tym czasie wycieczka radziecka… Ale podczas Satyrykonu były też inne przygody. Na przykład raz zrobiłam karykaturę redaktora Szpilek Witolda Fillera, który miał przyjechać na Satyrykon. Facet jak zobaczył tę rzeźbę to się obraził i wyjechał… Dostałam za nią II nagrodę w kategorii satyra. Niestety moja przygoda z Satyrykonem, tak zresztą jak i z wyjazdami na koncerty, skończyła się wraz ze stanem wojennym, kiedy wzięłam się za malowanie i musiałam walczyć o byt.

P.K. Wracając jeszcze do Pani karykatur. Kogo najchętniej Pani rysowała?

M.M. Nie miałam jakichś preferencji. Rysowałam aktorów, polityków, znane postaci z życia kulturalnego… Naprawdę prawie wszystkich. Z kolei jeśli chodzi o obrazy, to najczęściej maluję kwiaty lub ptaki, to wynika często z tego, że na te tematy jest zapotrzebowanie klientów galerii, którym oferuje sprzedaż moich prac.

P.K. A ma Pani ulubioną technikę?

M.M. W rysunku zdecydowanie ołówek. Obrazy maluje farbami olejnymi, czasem do wykończenia używam farb akrylowych.

P.K. A czy przed narysowaniem ostatecznej wersji karykatury wcześniej wykonuje Pani szkic?

M.M. Nie, nigdy nie szkicowałam i nie szkicuję ani przed wykonaniem karykatur ani obrazów. Staram się zawsze od razu rysować i malować „na czysto”.

P.K. Oglądając Pani karykatury widać w nich pewną rękę oraz to, co w karykaturze najważniejsze - podkreślenie cech charakterystycznych postaci przy jednoczesnym zachowaniu podobieństwa przedstawianej osoby. Tym, co podwójnie czyni Panią i Pani twórczość wyjątkową, o czym już zresztą wspominałem, jest to że tworzy Pani karykatury portretowe. Można więc powiedzieć, że Małgorzata Młodnicka jest w mniejszości podwójnie. Po pierwsze jako rysowniczka, a po drugie jako rysowniczka, która wyspecjalizowała się w karykaturze portretowej.

M.M. Powiem Panu, że rysować karykatury portretowe nie jest łatwo. Karykaturą trzeba się bawić, jak się nie ma ochoty, humoru czy odpowiedniego nastroju, to nic się nie zrobi. Dodam jeszcze na koniec, że parę dobrych lat temu zostałam odznaczona medalem „Zasłużony dla Wrocławia”, otrzymałam go nie za malarstwo, ani inną działalność, tylko właśnie za to, że rysowałam karykatury.

Rozmowa z dn. 15.06.2025 (Wrocław)