Przejdź do głównej treści

Rozmowa Z Tomaszem Kuczborskim

Tomasz Kuczborski - syn Ireny Kuczborskiej (Inki), grafik i designer, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, autor lay-outu m.in. pierwszej okładki „Gazety Wyborczej” oraz wyglądu dziennika „Rzeczpospolita”.
W rozmowie uczestniczy także Zuzanna Lipińska, córka Ha-Gi i Eryka Lipińskiego, graficzka i projektantka książek i stron internetowych, a prywatnie przyjaciółka Tomasza Kuczborskiego, z którym znają się od dzieciństwa.

Piotr Kułak: Irena Kuczborska swą kilkudziesięcioletnią działalnością artystyczną dowiodła, że była twórczynią wszechstronną. Świadczą o tym wykonane przez nią ilustracje, plakaty, rysunki satyryczne, projekty znaków, ale także działalność w zakresie projektowania mody i malarstwa. W jej twórczości, zwłaszcza graficznej, uwidacznia się pewne zamiłowanie do groteski oraz pogodne poczucie humoru. Zacznijmy więc od tej szczególnej zdolności do postrzegania i interpretowania sytuacji lub rzeczy w sposób zabawny, czyli poczucia humoru Pani Ireny. Czy to był typ kobiety, która lubiła żartować, robić jakieś kawały?

Tomasz Kuczborski: Nie, to był trochę inny typ humoru. Mama lubiła puentować różne sytuacje i robiła to najchętniej rozmawiając ze swymi przyjaciółkami. Niech Pan sobie wyobrazi dwugodzinną rozmowę przez telefon… Inka miała specjalny notes z numerami przyjaciółek, z których Ha-Ga była jedną z najważniejszych, o ile nie najważniejszą. Drugą była Janka Słonimska (żona Antoniego) i jeszcze kilka innych. Mama potrafiła z nimi godzinami rozmawiać przez telefon i plotkować. Myślę, że jednak najczęściej robiły to z Ha-Gą, bo one wtedy „oplotkowywały” wszystkich. Tylko że to były tak zwane plotki celowane, a nie takie o niczym. Rozmawiały o tym, jak wyglądało jakieś przyjęcie, prywatka, kto był, jak wyglądał, kto miał najlepszy strój itd.

Zuzanna Lipińska: Moja mama nawet założyła sobie gniazdko do telefonu w łazience, co było szczytem ekstrawagancji, jak na tamte czasy, żeby móc leżeć w wannie i rozmawiać z Inką. Pamiętam, jak mówiła z powagą, gdy się śmiałam z tej sytuacji, „córeczko ja pracuję”. Bo każda rozmowa z nią była nie tylko rozmową z najlepszą przyjaciółką, ale także okazją do zdobycia cennych informacji. Inka w przeciwieństwie do mojej mamy była osobą, która chętnie uczestniczyła w różnych przyjęciach, wernisażach. Ona się w takich sytuacjach dobrze czuła, a moja mama tego nie lubiła. Dlatego Inka dostarczała mamie w tych plotkach także „pożywek” do jej rysunków.

T.K. Z tych „pożywek” u mojej mamy wyrosło zupełnie coś innego, jak u Ha-Gi, wyrosła moda. Mama była tym kim była Jadwiga Grabowska dla Mody Polskiej. Inka przez dłuższy czas, w zasadzie od początku lat 60., kierowała takim podobnym Anstaltem, tylko mniejszym, który nazywał się Modny Strój, gdzie była dyrektor artystyczną. Miała co roku dwie kolekcje, przygotowywała pokazy mody i sama często wyjeżdżała na nie chociażby do Paryża. W związku z tym „oplotkowywanie” różnych pań, w czym wystąpiły dnia wczorajszego, było klinicznie najważniejszą częścią tychże plotek z Ha-Gą.

P.K. A czy jest Pan w stanie wyjaśnić skąd u Inki wzięło się zainteresowanie projektowaniem mody?

T.K. Mama chyba po prostu miała coś do powiedzenia na ten temat i to było powodem, że wzięła się za projektowanie ubioru. Poza tym siostra cioteczna jej mamy, także Irena, szyła. Przed wojną pracowała w domu mody Herse. Ciotka szyła mamie to, co ona sama sobie zaprojektowała. Myślę więc, że to zainteresowanie modą i jej projektowanie mogło się także wziąć z tego.

P.K. Zastanawiam się także czy między Inką i Ha-Gą była jakaś współpraca na polu mody. U Ha-Gi, w jej rysunkach kobiety przecież ubrane są według panujących w danym czasie trendów. Czy coś na ten temat wiadomo?

Z.L. Ja pamiętam, że one bardzo dużo o modzie rozmawiały. To był naprawdę częsty temat ich rozmów.

T.K. Też mi się wydaje, że coś mogło być, ale raczej właśnie bardziej w formie wymiany poglądów czy spostrzeżeń. Na pewno była między nimi współpraca w wymianie przepisów kulinarnych. Ha-Ga była znakomitą kucharką.

Z.L. Oj tak, żyłam w kompleksie kulinarnym mamy. Ona gotowała wspaniale.

T.K. Ja nie żyłem w żadnym kompleksie, tylko korzystałem garściami z tego.

Z.L. Wiedzę o obowiązujących trendach mama głównie brała z pisma „Elle”.

T.K. Tak „Elle” to była ich Biblia. Mama miała ten tytuł w rozdzielniku, więc miała go za darmo z firmy, w której projektowała.

P.K. W swych wypowiedziach zawarli Państwo odpowiedź na moje kolejne pytanie o dar obserwacji, który w przypadku Inki był ewidentny. Ale pozostańmy jeszcze na chwilę przy tym humorze, rozumiem, że u pani Ireny nie był on złośliwy?

T.K. Nie, choć niekiedy ta złośliwość u mamy się pojawiała. Ale to była taka złośliwość – nazwijmy ją – łagodna, czyli twórcza. Trochę taka krytyka konstruktywna poprzez humor. Jak była na przykład na czymś w teatrze czy kabarecie, i jak się jej coś podobało, to było to wiadome, bo wypowiadała się o tym pozytywnie, ale jeśli jej się coś nie spodobało, to nie miała najmniejszych skrupułów, żeby o tym gadać i trochę krytykować.

Z.L. Moja mama mówiła o Ince, że jest bardzo żywotna i że potrafi wprowadzić odpowiednią atmosferę w jakiejś sytuacji. Mówiła, że ona z najbardziej banalnej sytuacji potrafi zrobić jakiś temat, wydarzenie. Mama jako przykład podawała taką sytuację, Inka mówi: „weszłam do kuchni, a na stole jakieś pudełeczko leży, myślę co to może być, otwieram, a w środku są jakieś patyczki, wzięłam ten patyczek potarłam i to wybuchło”. I ona w ten sposób potrafiła budować atmosferę odpowiadając o tym, jak po prostu zapaliła zapałki sztormowe.

T.K. To bardzo dobry przykład. Choć to, o czym Zuzanna próbuje powiedzieć, jest szalenie trudne do zobrazowania. Aby zrozumieć ten humor sytuacyjny mamy, to wprowadzanie atmosfery, po prostu trzeba było w tym uczestniczyć, obserwować to. Naprawdę jest to bardzo trudne do opowiedzenia…

fot. T. Kuczborski, 1970

P.K. A skąd w takim razie zainteresowanie Inki karykaturą? Przypomnijmy, że debiutowała w 1927 roku w bardzo popularnym w dwudziestoleciu międzywojennym czasopiśmie satyrycznym, czyli redagowanym przez m.in. Jana Lechonia „Cyruliku Warszawskim”.

T.K. Chyba z genów, czyli po moim dziadku, a jej ojcu Stanisławie Kuczborskim, który był grafikiem, karykaturzystą i jednym z założycieli kabaretu Zielony Balonik. Także mama miała karykaturę w krwioobiegu. Poza tym towarzystwo, w którym się obracała, ludzie z którymi się przyjaźniła – oni wszyscy byli karykaturzystami z ducha, część oczywiście była też z zawodu, ale oni byli wszyscy jak żyletka. Mama w Szkole Sztuk Pięknych była na roku chociażby z Feliksem Topolskim, który także współpracował z „Cyrulikiem”.

P.K. Ale jednak pani Inka karykaturą zajmowała się raczej głównie przed wojną, po wojnie owszem współpracowała chociażby ze „Szpilkami” ale tych powojennych rysunków nie było zbyt wiele. Widać wiec, że dla niej rysunek satyryczno-humorystyczny nie był główną dziedziną, lecz tylko pewnym dodatkiem, którym zajmowała się na konkretnym, w jej przypadku najwcześniejszym etapie działalności artystycznej. W takim razie jakie były inne dziedziny, które można byłoby uznać za jej główne pola działalności.

T.K. To fakt karykatura nigdy nie była jej chlebem powszednim czy główną działką. Robiła absolutnie różne rzeczy i trochę trudno mi powiedzieć co było taką główną dziedziną. Na pewno najwięcej robiła ilustracji i większość z nich było do książek dla dzieci. Oczywiście ilustrowała także literaturę dla dorosłych, chociażby serii PIW „Biblioteka Jednorożca” wykonała ilustracje do Brzeziny Jarosława Iwaszkiewicza, do opowiadań Mistyfikacja oraz Sen d’Alemberta Diderota i nowel Łucja z Pokucic i Zegar z kukułką Marii Dąbrowskiej. Projektowała także plakaty, choć było ich znacznie mniej niż ilustracji. I od lat 60. zajęła się głównie projektowaniem mody, o czym już wspominałem. Dodam jeszcze, że po wojnie, mama dowiodła swoich zdolności w zakresie karykatury w Lajkoniku, kiedy namalowała tam chociażby tamtejszą kelnerkę, Panią Wiesię, ale nie w postaci Pani Wiesi, a w postaci Syrenki, która trzyma w ręku tacę, na której stoi butelka i chyba kawa… I na tej butelce jest napisane „Lej koniak” zamiast Lajkonik. Mama spośród osób, które robiły te karykatury w Lajkoniku była jedną z nielicznych, o ile nie jedyną osobą, posiadającą doświadczenie w malowaniu na ścianach. Zdobyła je jeszcze przed wojną jako scenografka kabaretu Banda, w którym też zdarzało jej się malować dekoracje ścienne.

P.K. Wróćmy jeszcze na chwilę do początku drogi artystycznej pani Inki, czyli jej współpracy z „Cyrulikiem Warszawskim”. Wiemy, że za publikowanie rysunków w prasie artyści dostawali wynagrodzenie. Czy w przypadku Inki ten czynnik ekonomiczny mógł, przynajmniej w jakimś stopniu, sprawić, że zaczęła zajmować się karykaturą?

T.K. Pewnie tak, rysowanie do prasy było przecież dla mamy jedną z form zarabiania pieniędzy. Oczywiście to nie było tak, że rysowała tylko po, to żeby je mieć, jej to sprawiało także ogromną przyjemność. Dzięki współpracy z prasą jej sztuka stawała się rozpoznawalna, twórczość mamy mogła trafić do wielu osób czytających czy przeglądających „Cyrulika”. Oczywiście mama za rysunki dostawała wynagrodzenie, ale wiem, że nie narysowałaby czegoś, co uznałaby chociażby za wredne. W takich sytuacjach potrafiła zrezygnować z zarobku z godnością.

P.K. Czyli jednak, gdyby Pan musiał wskazać ulubioną dziedzinę twórczości pani Inki, to co by to było?

T.K. Jeśli musiałbym wskazać, to według mnie, zdecydowanie była to ilustracja dla dzieci. Mama wykonała ich najwięcej i bardzo to lubiła, gdyż sprawiało jej to ogromną przyjemność. Aczkolwiek, jak przyszło jej raz narysować owieczkę do książki Jana Grabowskiego „Czarna owieczka” [wyd. Nasza Księgarnia, 1966], to przyszła do mnie i mówi: „słuchaj, nie radzę sobie z tą owieczką”. Wszystkie inne zwierzęta opanowała perfekcyjnie. Miałem wtedy już pewnie z 18 lat i pamiętam, jak mi pokazywała wiele szkiców tej owieczki. W końcu się zawzięła i zrobiła piękną owieczkę.

P.K. Pani Inka poza ilustracją prasową i książkową, projektowaniem plakatów czy znaków zajmowała się także malarstwem. W zasadzie to malarstwo studiowała u prof. Tadeusza Pruszkowskiego w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Czy często malowała? Czy jednak ta dziedzina ustąpiła bardziej miejsce twórczości graficznej?

T.K. Mama malowała głównie portrety. Pamiętam, że przychodziły do niej klientki. Raz byłem nawet świadkiem jak malowała jedną Panią wraz z czwórką jej dzieci, chyba to był ktoś z dyplomacji. Rzucała wtedy przekleństwa, ale jakoś z tego wybrnęła i portret ostatecznie powstał. Dodam, że ja także sporo wyniosłem z tego, że mama zajmowała się malarstwem. Nauczyła mnie chociażby firm, które były wtedy na topie, jeśli chodzi o pędzle, pastele i farby. Oczywiście chętnie przyglądałem się jej jak pracuje, a czasem nawet jej przeszkadzałem. Z opowieści mamy wiem, że malowała także dekoracje na kamienicach Starego Miasta tuż po jego odbudowie. Opowiadała jak chodziła po rusztowaniach, mówiła o technikach malarstwa ściennego i jak się w nich pracuje. Jeśli chodzi o malarstwo sztalugowe, to choć faktycznie ustąpiło ono nieco miejsca grafice, to mama jeszcze po wojnie wyjeżdżała na plenery malarskie. Przed wojną wyjeżdżała oczywiście do Kazimierza, a nawet na plenery do Francji nad Atlantyk i nad Morze Śródziemne.

P.K. Zmieniając nieco temat chciałbym zapytać, jaka według Pana była pozycja kobiety karykaturzystki w tym zdominowanym przez mężczyzn środowisku rysowników. Czy pani Irena coś na ten temat mówiła?

T.K. Mama miała bardzo szerokie znajomości towarzyskie. Zaprzyjaźniona była ze wszystkimi z kim się dało. Znała się z Julianem Tuwimem, przyjaźniła się z Antonim Słonimskim i jego żoną Janiną. Słonimscy byli bardzo bliskimi przyjaciółmi obojga rodziców. Miała także duże sympatie z „Kulturą” paryską, dobrze się znała i lubiła z malarzem Józefem Czapskim czy współtwórczynią Instytutu Polskiego w Paryżu Zofią Hertz. Wyjeżdżając do Paryża na pokazy mody i różnorodne targi, zawsze znajdowała czas, żeby się z nimi spotkać. Nigdy nie słyszałem natomiast, żeby mówiła, że ktoś ją wyślizgał z jakiejś roboty, że jakiś facet coś jej podebrał. Pewnie tak bywało, ale nigdy na to się nie uskarżała. Jeśli chodzi o same zarobki to za rysunki były stałe stawki, ale pewne różnice mogły tu wynikać z tego, że mężczyźni dostawali więcej zleceń. Trochę ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo mama po prostu o tym nie mówiła, nie dzieliła się na ten temat swoimi spostrzeżeniami.

P.K. Proszę jeszcze na zakończenie powiedzieć, o której Pana mama rozpoczynała pracę? I czy miała jakiś stały rozkład dnia?

T.K. Pracowała głównie w dzień, natomiast na pewno nie pracowała od samego rana, bo poranki najczęściej zaczynała od plotek z Ha-Gą i innymi swoimi przyjaciółkami. Nieco później zazwyczaj wychodziła na kawę do Antycznej, choć nadal nazywano tę kawiarnie u Marca, a kiedy ten Marzec się kończył – zazwyczaj było to koło południa – wtedy po powrocie zaczynała pracować. Nie pamiętam natomiast, czy mama wstawała wcześnie rano, żeby zacząć coś robić… Chyba nie, bo lubiła dłużej pospać.

P.K. Dziękuję za rozmowę!

Rozmowa z dn. 11 kwietnia 2025 (Warszawa)