Rozmowa z Zuzanną Lipińską
Zuzanna Lipińska - graficzka, ilustratorka, projektantka książek i stron internetowych, absolwentka warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, córką Ha-Gi i Eryka Lipińskiego karykaturzysty, twórcy plakatów, ilustracji, współzałożyciela tygodnika satyrycznego „Szpilki” i założyciela Muzeum Karykatury. Od lat dba o spuściznę po rodzicach i prowadzi działania mające na celu jej promocję. Autorka strony internetowej poświęconej Hadze www.ha-ga.com
Piotr Kułak: Zuzanno, Twoja mama była jedną z niewielu artystek w Polsce, które swą twórczość związały tak silnie z rysunkiem prasowym. Ha-Ga publikowała rysunki w wielu czasopismach, m.in. „Przekroju”, „Świecie”, „Stolicy”, lecz najwięcej ukazało się ich na łamach „Szpilek”, z którymi współpracowała przez blisko 40 lat. Biorąc pod uwagę, że jej rysunki publikowane były w nich prawie co tydzień, przyznać trzeba, że Ha-Ga musiała być, po pierwsze, doskonałą obserwatorką i czerpać dla swej sztuki inspirację z otaczającego ją świata, a po drugie, musiała mieć duże poczucie humoru aby to, co zauważyła, skomentować w taki sposób, jaki robiła to w swych pracach.
Zuzanna Lipińska: Tak! Mama miała ogromne poczucie humoru. Co więcej, była bardzo wrażliwa na humor sytuacyjny. Jeśli znajdowała się w jakiejś sytuacji, która w niezamierzony sposób była zabawna, na przykład zaobserwowała, jak jacyś ludzie ze sobą rozmawiają, albo że ciekawie są ubrani, to wtedy mrugała do mnie. To był nasz kod, którym sugerowała, że są to dla niej sytuacje zabawne. Później najczęściej znajdowały one wyraz w jej rysunkach. Poza tym, że mama obserwowała, to jeszcze lubiła czerpać różne tematy z plotek, które były dla niej – jak sama je określała – „pożywkami”. Uważała zresztą, tak jak jej przyjaciółka Inka Kuczborska, z którą bardzo często rozmawiały przez telefon, że plotki są niezbędną częścią życia… Mawiały, że przecież wszystkiego nie można dowiedzieć się z gazet.
P.K. Rozumiem, że to przepełnione humorem spojrzenie na życie towarzyszyło Hadze w wielu codziennych sytuacjach?
Z.L. Zdecydowanie tak. Szczególnie natomiast, kiedy przytrafiały nam się jakieś przeciwności losu. Mama zawsze w takich sytuacjach starała się dostrzegać ich zabawną stronę. Pamiętam, jak kiedyś, gdzieś na Pomorzu, zepsuł nam się samochód i stałyśmy na drodze, czekając, tak na dobrą sprawę, nie wiadomo na co i na kogo. Mama powiedziała wtedy, że uratować nas może tylko jakiś anioł stróż. Po pewnym czasie pojawił się na horyzoncie samochód zbliżający się w naszą stronę. Zatrzymałyśmy go z mamą i wysiadł z niego jakiś mężczyzna. Mama, w momencie, gdy on się zbliżał uważnie mu się przyglądała i po chwili zapytała mnie, czy on w ogóle wygląda na anioła stróża? Wzruszyła ramionami, puentując: „No, może”. Facet, słysząc naszą rozmowę, nieco się zdziwił, że mama nazywa go aniołem stróżem, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, bo pomógł nam z usterką w samochodzie.
Przywołałam to wspomnienie, ponieważ ta sytuacja doskonale pokazuje, że mama nie panikowała i w każdej sytuacji, nawet kryzysowej, nie traciła poczucia humoru, podchodząc z dystansem do przeciwności losu.
P.K. Ha-Ga przez ponad dwadzieścia lat była żoną Eryka Lipińskiego, który, można chyba tak powiedzieć, był duszą towarzystwa i człowiekiem bardzo dowcipnym. Czy pod tym kątem Twoi rodzice byli do siebie podobni?
Z.L. Ha-Ga była zupełnym przeciwieństwem mojego ojca, który sypał żartami i miał wspaniały dar obracania wszystkiego w dowcip. Mama „rzucała” żarty jakby na bok, w postaci jakichś uwag, które były bardzo trafne i przy tym śmieszne, ponieważ wynikały z doskonałej obserwacji. Łatwo można było to zauważyć podczas różnych spotkań towarzyskich, kiedy nagle, niespodziewanie, kilka osób wybuchało śmiechem i nikt kto siedział gdzieś dalej, nie wiedział dlaczego reszta towarzystwa się śmieje. A to właśnie mama coś cicho komentowała i tymi komentarzami wywoływała takie niekontrolowane reakcje współtowarzyszy.
P.K. Czy to były jakieś złośliwe komentarze, próba docięcia komuś?
Z.L. Nie, nic z tych rzeczy. To było raczej dostrzeżenie jakiejś śmiesznej strony sytuacji, czasem jakiegoś absurdu, które, na tak zwany pierwszy rzut oka, wcale nie wydawały się śmieszne. To o czym mówię, jest bardzo podobne do stylu jej rysunkowych dowcipów, w których nieraz uwidacznia się pewien rodzaj surrealistycznego humoru.
P.K. A jak to się w ogóle stało, że Twoja mama zaczęła rysować dla prasy?
Z.L. W latach trzydziestych, kiedy rodzice byli studentami Akademii Sztuk Pięknych, nie mieli za bardzo pieniędzy, a rysowanie do prasy było sposobem, żeby trochę zarobić. Eryk namawiał mamę, żeby coś narysowała i zaniosła do redakcji. Sam już rysował do „Szpilek”, tak zresztą jak inni znajomi, chociażby Andrzej Siemaszko i Andrzej Rubinrot. W końcu mama zaniosła rysunki i przekazała je Andrzejowi Nowickiemu [poeta i satyryk, sekretarz redakcji, P.K.], któremu bardzo się one spodobały. Mama miała wtedy zaledwie 20 lat i była bardzo nieśmiała, toteż nie chciała się podpisywać imieniem i nazwiskiem. Nowicki wymyślił więc pseudonim Ha-Ga, od pierwszych i ostatnich liter imienia i nazwiska – Hanna Gosławska. Dość szybko prace mamy publikowane w „Szpilkach” zyskały sympatię czytelników. Ludzie zaczęli je chwalić, reagować na nie, i to ją ośmieliło. Mama wtedy nie miała kompletnie obranej żadnej ścieżki. Jako młoda studentka poszukiwała i czasem eksperymentowała, chociażby tworząc kolaże. Kiedyś opowiadała mi, że już wtedy miała świadomość tego, że jako rysowniczka powinna wypracować sobie własny styl. Jej wzorem w tamtym czasie był francuski rysownik i ilustrator Albert Dubout, którego twórczością mama w pewnym stopniu się inspirowała.
P.K. A czy rysowanie dla prasy sprawiało twojej mamie twórczą przyjemność? Czy może istniała jakaś dziedzina, w której realizowała się bardziej, i która przynosiła jej więcej satysfakcji?
Z.L. Z tym było różnie… Czasami sprawiało jej to przyjemność, a czasami nie. Nieraz była nawet trochę zła, że znów na wtorek musi wymyślić kolejne dwa dowcipy (bo te ukazujące się co tydzień dwa rysunki, zwane zwyczajowo hagami, musiała dostarczać do redakcji na wtorek). Nieraz narzekała, że ma na to za mało czasu. Mówiła, że jakby go miała nieco więcej, to rysowanie sprawiałoby jej więcej przyjemności. Czasem widać po tych rysunkach, że są dopracowane, starannie narysowane, a czasem – jak sama to nazywała – są „puszczone”. To znaczyło jedno… nie przyłożyła się do nich. Zawsze powtarzała, że nie lubi tego robić i, jak już naprawdę brakowało jej czasu, to czasami przykładała kalkę techniczną do innego rysunku i przerysowywała jakieś pozy postaci. Podkreślę tylko, że mama najbardziej lubiła rysować z natury.
Odpowiadając teraz na Twoje drugie pytanie, pamiętam, że mama często powtarzała, że największą satysfakcję daje jej przygotowywanie ilustracji dla dzieci. To właśnie w tym spełniała się najbardziej. Lubiła także rysować kolorowe okładki do „Szpilek”, to też jej sprawiało przyjemność. Nad tymi projektami pracowała długo, poświęcała im czas, dbała o każdy detal. Pamiętam, że najpierw robiła szkice kompozycji i mi je pokazywała. Czasem nawet się radziła i pytała, gdzie np. powinna umieścić jakąś postać. Zdecydowanie przygotowywanie tych kolorowych rysunków sprawiało jej wiele satysfakcji.
P.K. Rozumiem jednak, że pomimo iż najwięcej satysfakcji przynosiły jej ilustracje, to czuła się rysowniczką prasową i także z tej działalności czerpała przyjemność i spełnienie ambicji. Czy mam rację?
Z.L. Oczywiście, że mama czuła się rysowniczą! Miała świadomość tego, że była popularna, rozpoznawalna, lubiana przez czytelników „Szpilek”. Oczywiście mówiła nieraz, dziwiąc się nieco, że tak na dobrą sprawę nie wiadomo nawet, kiedy tak się stało. W rozmowach wspominała, że początkowo rysowanie jej szło topornie, a później, nim się obejrzała, stała się popularna. Pomimo tego, że miała swoich fanów, nigdy nie chciała udzielać wywiadów, nie chciała mieć żadnej wystawy... Uciekała od tego.
P.K. Wróćmy do tego, co podkreśliłaś wcześniej, czy mogłabyś wyjaśnić co to znaczy, że Ha-Ga lubiła rysować z natury?
Z.L. Mama miała problemy z rysowaniem z pamięci, ona lubiła patrzeć na to, co rysuje. Jak rysowała z pamięci, to zazwyczaj bardzo upraszczała i dlatego chociażby te wszystkie jej domki, pojawiające się na rysunkach, są takie schematyczne. Najczęściej wyglądało to tak, że prosiła mnie i moje koleżanki, żebyśmy jej pozowały. Mówiła: „Dziewczynki, palcie sobie te papierosy skoro musicie, ale teraz noga na nogę, bo chcę was narysować”. Wtedy szkicowała ołówkiem jakąś określoną pozę, a później wykańczała to wszystko tuszem.
Pamiętam taką rodzinną anegdotkę, że jak przyszedł do mamy listonosz, to go zatrzymała na chwilę i poprosiła żeby jej pozował, bo potrzebowała narysować listonosza. Czy tak było naprawdę, niestety nie wiem, bo zawsze opowiadano tę historię w formie humorystycznej anegdoty. Myślę jednak, że dlatego rysunki mamy, pomimo widocznych w nich silnych uproszczeń, wbrew pozorom są bardzo realistyczne. Oczywiście, nie mówię o tych pierwszych, przedwojennych, gdzie widać wyraźnie geometryzację, ale o tych powojennych, które są realistyczne głównie z tego powodu, że przedstawione sceny były przez nią gdzieś zaobserwowane.
P.K. Wspomnieliśmy wcześniej o ilustracjach Ha-Gi i jej kolorowych rysunkach do „Szpilek”, które wykonywała najczęściej gwaszem i akwarelą. Prace te publikowane były najczęściej jako okładki i ostatnie strony pisma. Jednak ta najbardziej znana przez czytelników „Szpilek” Ha-Ga, to właśnie Ha-Ga znana z hag, czyli kompozycji wykonanych na kalce technicznej piórkiem i tuszem, ukazujących przeważnie dialog dwóch postaci, ubranych według najnowszych trendów. Myślę, że takimi ważnymi elementami, dzięki którym Ha-Ga była rozpoznawana – poza oczywiście jej charakterystycznym stylem czy tematami jej prac – były właśnie kalka i tusz. W olbrzymiej kolekcji Muzeum Karykatury znajduje się obecnie ponad 23 tysiące rysunków. Znam tę kolekcję dość dobrze i mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że Ha-Ga jest pod względem wykorzystywania kalki jako podłoża rysunku artystką wyjątkową. Nie przesadzę, mówiąc, że nie ma w całej kolekcji drugiej osoby, która tak bardzo upodobałaby sobie kalkę.
Z.L. To słuszne spostrzeżenie. Wspominałam już, że mama czasem lubiła coś przerysować z wcześniejszych swoich prac, a kalka w znacznym stopniu to ułatwiała. Pamiętam z dzieciństwa, jak ona ciągle tymi kalkami manipulowała i kręciła. Przerysowywanie jednak nie było jedynym powodem, dla którego wybrała kalkę. Mama bardzo lubiła ten efekt rysowania piórkiem i tuszem na kalce. Lubiła to podłoże dużo bardziej niż papier. Kalka nie wchłaniała tuszu i to jej bardzo odpowiadało.
Pamiętam, że jak się pojawiły flamastry, to mama bardzo chciała nimi rysować. Początkowo zachwyciło ją to, że rysowanie nimi było takie proste. Co prawda narzekała trochę, że kreska jest za gruba, ale stwierdzała, że to nic nie szkodzi, że wszyscy artyści się zmieniają i eksperymentują. Szybko jednak odeszła od tego i wróciła do tuszu. Przyglądała się tym pracom wykonanym flamastrem i sama mówiła, że są sztywne jakby wykonane z drutu, że nie ma w nich tej finezji, którą osiągała tuszem. Kiedyś, jak przywiozłam mamie z Paryża farby Ecoline, czyli takie płyny akwarelowe, mama także się nimi zachwyciła. Myślę, że ona tą techniką zrobiła samodzielne ilustracje do książki Opowiedział dzięcioł sowie, które zostały opublikowane po raz pierwszy w 1968 roku. Próbowała także rysować wiecznym piórem i atramentem, ale to jej jakoś nie szło.
P.K. A jak powstawały jej ilustracje dla dzieci? Czy udało Ci się czasem obserwować ją przy pracy nad ilustracjami?
Z.L. Tak, parę razy widziałam, jak mama robi ilustracje. Najpierw robiła sobie szkic na kalce, a później rysowała już je tuszem na papierze. Tyle tylko, że był to nieco bardziej skomplikowany proces. Rysunek-szkic wykonywała na awersie kalki technicznej. Jej odwrocie, w miejscu przebijającej przez kalkę kompozycji, zaczerniała miękkim ołówkiem. Tak przygotowany arkusz kalki przykładała stroną zaczernioną do papieru docelowego i, obrysowując kontury na awersie kalki twardym ołówkiem, przenosiła rysunek na nowe podłoże. Wykorzystywany przez nią cudowny papier produkowała niemiecka firma Schöllershammer. Dzisiaj artyści używają podświetlarek; mama tego nie miała, ale miała kalkę techniczną. Jak już miała gotowe kontury postaci, zaczynała kłaść farby. Najczęściej używała gwaszu i akwareli. Rozrabiała sobie zawsze więcej koloru, np. przeznaczonego na malowanie twarzy, żeby w całej książce był on dokładnie taki sam. A później wykańczała szczegóły, cieniowała… Ja byłam tym procesem zafascynowana, potrafiłam godzinami siedzieć i patrzeć, jak ona to robi. Ha-Ga, jeśli chodzi o ilustracje, była perfekcjonistką. Niestety, zdarzało się jej przez to nie dotrzymywać terminu. Zresztą sama się do tego przyznawała. Najważniejsze było dla niej to, aby ilustracja, którą oddawała do wydawnictwa, była perfekcyjna i żeby była z niej zadowolona.
P.K. Wspominałaś, że mama czasem konsultowała z Tobą swoje prace, a czy konsultowała je z Erykiem? Czy pomagali sobie, prosili o poradę? Pomagali sobie w rozwiązaniu jakichś kwestii związanych z twórczością? Wiadomo, że na pewno współpracowali ze sobą, o czym świadczą chociażby ich wspólne ilustracje wykonane do pierwszego wydania książki Opowiedział dzięcioł sowie (1946). Znana jest jeszcze jedna, nieco mniej formalna współpraca Eryka z Ha-Gą, a także z Olgą Siemaszko, przy ilustrowaniu Ptasich plotek. Chociaż opracowanie zestawu tych ilustracji było pracą zespołową, w książce jako ich autor widnieje tylko Eryk...
Z.L. Mama radziła się taty, a on z kolei radził się jej. Pamiętam takie sytuacje, jak rodzice pokazywali sobie rysunki, które zrobili, i intensywnie ze sobą dyskutowali. Pamiętam też, że z mamą oglądałyśmy projekty plakatów Eryka stojące na sztalugach. Wtedy mama także podpowiadała ojcu różne rozwiązania. Raz to nawet mama podsunęła tacie pomysł na plakat… Mało tego, ten plakat zwyciężył w 1945 roku w konkursie Zniszczymy faszyzm do końca. Był to, o ile dobrze pamiętam, pierwszy powojenny plakat taty. Przedstawiony był na nim niemiecki hełm ze swastyką, odwrócony do góry dnem, a przy nim rozciągnięty drut kolczasty. I to mama podczas spaceru z tatą w Krakowie – gdzie przez jakiś czas po zakończeniu wojny mieszkali w dawnej pracowni Olgi Boznańskiej – zauważyła ten porzucony hełm i drut. To ona miała powiedzieć do taty: „Zobacz, to idealna kompozycja na plakat”. Tata dostał za ten projekt pierwszą nagrodę. Niestety, na plakacie widnieje tylko jego nazwisko, a pomysłodawczyni kompozycji nie została uwzględniona. Mama po latach opowiedziała mi tę historię.
P.K. To w sumie przywodzi na myśl ilustracje do książki Ptasie plotki, o których już wspominałem. Wróćmy jeszcze na chwilę do konsultacji i pomocy. Czy pamiętasz, żeby Ha-Ga prosiła Eryka o pomoc w narysowaniu czegoś? A może też pamiętasz odwrotną sytuację?
Z.L. Czasem się to zdarzało. Pamiętam, że mama, prosząc o pomoc w narysowaniu czegoś, np. tramwaju, mówiła do taty: „podrysuj mi”. Jak tata jej coś narysował czy naszkicował, to ona sobie wtedy taki tramwaj przerabiała po swojemu. Później, jak byłam starsza, zdarzało się, że mama i mnie prosiła, żebym coś jej „podrysowała”. Sądzę, że to znowu wynikało z tego, że miała problemy z rysowaniem z pamięci.
P.K. Można powiedzieć, że Ha-Ga przerysowała swoje życie. W takim sensie, że rysowała dużo i intensywnie. A czy jesteś w stanie wskazać, jakie były jej ulubione tematy?
Z.L. Oczywiście, najbardziej lubiła komentować w rysunkach relacje damsko-męskie. Chociaż na swych hagach przedstawiała rozmowę dwóch kobiet, dwóch mężczyzn, czy wreszcie kobiety i mężczyzny, przeważnie tematem tych dialogów były sprawy damsko-męskie. Oczywiście poruszała różne kwestie: od zdrad, flirtów, romansów, braku partnera, niezadowolenia z partnera, nieudanego pożycia małżeńskiego, narzeczeństwa, uroków bycia singlem, przez takie sprawy jak wyjazdy na urlopy, zachowania w pracy, spędzanie wolnego czasu, rozmowy kawiarniane… Ale zazwyczaj wszystko to obracało się wokół ówczesnej obyczajowości i skomplikowanych relacji damsko-męskich.
Mama także komentowała niektóre bieżące wydarzenia, choć robiła to rzadko. Nieco więcej takich rysunków, powiedzmy politycznych, pojawiało się w „Szpilkach” na początku jej kariery, czyli w drugiej połowie lat 30. i po wojnie, w drugiej połowie lat 40. oraz na początku lat 50. Mama zrobiła nawet taki komiks polityczny, którego głównym bohaterem był Harry Truman. Ukazał się w kilku numerach „Szpilek” w 1952 roku. Mama rysowała kolejne sceny, do których teksty pisał Kazimierz Rudzki.
P.K. Tak, to był, powiedzmy, taki protokomiks i dokładnie nazywał się Czarna Księga Białego Domu. W sidłach gangsterów. W tej serii obrazkowej też uwidocznił się talent Twojej mamy jako karykaturzystki portretowej. Przypomnę tylko, że Ha-Ga karykatury portretowe polityków rysowała już przed wojną. W „Szpilkach” na pewno pojawiały się jej karykaturalne portrety Józefa Becka i Hitlera. W Twojej kolekcji z kolei zachował się szkicownik Ha-Gi z lat 30., gdzie na kilku stronach pojawiają się doskonałe, choć w formie szkiców, karykatury Mussoliniego, Rydza-Śmigłego, generała Franco czy Churchilla. Widać w nich umiejętność uchwycenia tych najbardziej charakterystycznych cech modela, a to przecież jest najbardziej istotne w przypadku karykatur portretowych. Chciałbym jeszcze zapytać, o ile pamiętasz, jak Twoja mama reagowała na to, że w roku 1970 jej rysunki w „Szpilkach” – przypomnijmy, w których publikowała od 1936 roku – zostały zmniejszone niemalże do formatu nieco większego niż znaczek pocztowy. Jednak dla tak znaczącej rysowniczki jak Ha-Ga, która zdobywała wśród czytelników pierwsze miejsca w rankingach popularności, musiało to być… no właśnie, jakie?
Z.L. Mama reagowała na to bardzo źle. Ciągle nosiła się z zamiarem, żeby przestać rysować do „Szpilek”. Na drodze do rzucenia tej pracy stał jednak jeden ważny problem. Mama pod koniec życia po prostu nie miała zleceń na ilustracje i żeby ratować domowy budżet zaczęła robić gliniane figurki, które sprzedawała w Desie. Wolała takie rozwiązanie niż chodzenie do wydawnictw w roli petenta i proszenie o zlecenia na ilustracje. Na chwilę przed śmiercią Pollena zamówiła u niej jeszcze ilustracje do książek o urodzie i kosmetykach, które ukazały się już po jej śmierci.
Pamiętam natomiast, że mama powtarzała często, że powinna ze „Szpilek” odejść, że jeszcze wytrzyma do końca roku i zakończy współpracę. Starałam się jej tłumaczyć, że ma wielu fanów, jest popularna, ludzie lubią jej rysunki, że na pewno by protestowali… Ale ona mówiła, że w to nie wierzy, i że takie ewentualne protesty byłyby bardzo krótkie. Mama miała do siebie pretensje, że nie było stać ją na to żeby odejść. I ta współpraca trwała…
Pamiętam, że na dwa dni przed jej śmiercią zadzwoniłam do niej z Londynu i podczas rozmowy powiedziała, że musi mi niedługo o czymś opowiedzieć, bo powzięła pewne decyzje, między innymi na temat swojej współpracy ze „Szpilkami”. Niestety, nie opowiedziała, nie zdążyła.
P.K. A czy w rozmowach z mamą gdzieś pojawiały się tematy dotyczące pozycji kobiety-rysowniczki w środowisku karykaturzystów? Czy mama wspominała o tym, że jako rysowniczka jest traktowana w inny sposób niż jej koledzy?
Z.L. W ogóle nie było z tego powodu problemu, że mama jest kobietą, a większość rysowników to mężczyźni. Przynajmniej nigdy na to nie narzekała. Z kolei jeśli chodzi o zarobki, to tutaj też ciężko było potraktować kogoś gorzej ze względu na płeć czy doświadczenie, bo po prostu były ustalone stawki za rysunki czy plakaty. Z pewnością jakieś różnice w zarobkach powodowało to, że niektórzy rysownicy dostawali więcej zleceń na rysunki.
Dodam jednak, że mama miała trochę podejście feministyczne, bo uważała, że kobieta powinna być niezależna. Uważała też, że najlepsze małżeństwa to takie, gdzie kobieta ma własny zawód, własne życie i nie dzieli tego wszystkiego w jakiś drobiazgowy sposób z mężem. Jako przykład podawała mi Inkę Kuczborską i jej męża Stasia, który był zupełnie z innego środowiska. Mamy zdaniem to zdawało egzamin.
P.K. A jakbyś miała mamę określić w kilku słowach, to jaką, według Ciebie, była ona osobą?
Z.L. Poza tym, że mama z humorem podchodziła do przeciwności losu, na pewno miała także duży dystans do życia. Była bardzo pogodna, nikomu niczego nie zazdrościła, nie była zawistna. Może dlatego wiele osób lubiło się z nią spotykać i rozmawiać. A te jej plotki, na które prawie codziennie spotykała się z Inką Kuczborską, to były miłe plotki. Mama była bardzo pomocna, jej przyjaciele mogli na nią liczyć w każdej sytuacji, potrafiła naprawdę wiele dla nich zrobić. Wydaje mi się, że ona była autentycznie dobrym człowiekiem.
Rozmowa z dn. 12 kwietnia 2025 (Warszawa)